PRZYJACIELE MUZEUM – 24 GODZINY Z ŻYCIA…

Dwadzieścia cztery godziny. Co może wydarzyć się w dwadzieścia cztery godziny? Właściwie wszystko. Szczególnie gdy znajdziemy się znienacka w środku Nowego Jorku, miasta które właściwie nie zasypia. Taką intensywną dobę przeżywamy czytając książkę Hether McGowan – Przyjaciele muzeum. Wydana przez Wydawnictwo Literackie pozycja przyciąga uwagę sugestywną okładką z reprodukcją obrazu Dosso Dossi z ok. 1520 r. o intrygującym tytule Kłótnia.
CO TAM SIĘ DZIEJE?
Przed nami ponad pięćset gęsto zadrukowanych stron. Chwilami druk wydaje się zbyt mały i jeszcze bardziej potęguje zawiłość akcji, zaczynamy zastanawiać się nawet czy nie jest to zabieg celowy.
Akcja rozpoczyna się tuż po czwartej w nocy, kiedy dyrektor jednego z nowojorskich muzeów dostaje pilne wezwanie do biura. Mija niecała godzina i zostajemy wrzuceni w wir wydarzeń. Godzina po godzinie zaglądamy do biur, mieszkań, życiorysów, dylematów, problemów występujących w książce postaci. W pewnym momencie zaczynamy się gubić, bo nie wiadomo już kto jest kim. Na szczęście możemy zerkać na początek, gdzie jak w sztuce teatralnej mamy podaną obsadę. Jest to bardzo pomocne w ogarnięciu lekkiego chaosu, który zaczyna nas wciągać. Niekiedy odczuwamy nawet zawroty głowy, jak niektórzy bohaterowie książki, raczący się poprzedniego wieczoru krewetkami, jak się okazuje niezbyt świeżymi.
WIELKA GALA ORAZ…
Autorka przez pierwsze kilkadziesiąt stron wprowadza nas w świat spotkań, zderzeń osobowości, potrzeb i oczekiwań. Wprowadza na do świata, który od piątej trzydzieści rano wydaje się zapięty na ostatni guzik. Guzik ten zdaje się jednak tak napięty, że w każdej chwili może wystrzelić.
Trafiamy do muzeum, w którym pracuje zapewne kilkadziesiąt osób, tych ze stałego zespołu i tych współpracujących. Duża, renomowana instytucja skupująca od kolekcjonerów najlepsze dzieła. Za kilkanaście godzin ma się odbyć coroczna gala darczyńców. Od rana jednak zaczynają na światło dzienne wychodzić różne niejasności, w tym niejasne jak się okazuje niepewne jest pochodzenie niektórych eksponatów. Czyżby pochodziły z kradzieży? Dla muzeum, które walczy o reputację to prawdziwa tragedia. Jak uda się uratować dobre imię kolekcji i tworzącego ją zespołu? Kiedy tuż za rogiem czeka już pragnąca sensacji konkurencja? To zdaje się być główny wątek przedstawionej historii. Przyprawiający o dreszczyk emocji. Ale na pewno nie jest to jedyny wątek, a w miarę czytania staje się dosyć poboczny..
PRACOWNICY
Pracujący w muzeum ludzie, na co dzień wykonujący swoje zadania, zamknięci w swoich mikroświatach mijają się, nic tak naprawdę o sobie nie wiedząc. Muzeum jest jak doskonały mechanizm, którego tryby chodzą każdy we własnym, właściwym rytmie. Heather McGowan jednak pozwala czytelnikowi zerknąć głębiej. Zabiera nas do prywatnych, pozazawodowych przestrzeni, mieszkań, pubów, zatłoczonych środków transportu. Co więcej pozwala nam poznać kłębiące się w głowach bohaterów refleksje. Niektóre dodają energii, niektóre są jednostajne i ponure. Wnikamy w życiorysy bohaterów, poznając ich przeszłość i nie zawsze wesołe spostrzeżenia dotyczące teraźniejszości.
CO SIĘ MOŻE WYDARZYĆ?
Stykające się na kartach książki postaci, skoncentrowane na swoich zawodowych rolach, zaczynają przed naszymi oczyma funkcjonować na dwóch równoległych poziomach. Zadaniowym i prywatnym.
Co może wydarzyć się w ciągu dwudziestu czterech godzin? Można zacząć analizować swój związek, można poznać ciężar nieuleczalnej choroby, można dowiedzieć się o poczętym niedawno dziecku, można zastanawiać się nad relacją z niewidzianym dawno ojcem., można rozliczyć się z przeszłością. Może zacząć się i zakończyć właściwie wszystko. Przez tą dwutorowość bohaterowie przestają być anonimowi. Chwilami bywają nawet denerwujący w swoich dylematach, tak chętnie podsunęlibyśmy im kilka rozwiązań, zgodnie ze swoją ludzką naturą. Całość akcji osnuta zostaje siecią powiązań, układów, niekiedy dyplomacji, jak w życiu.
Wystukiwany, podawanymi co kilka akapitów godzinami, rytm pozwala przeżyć czytelnikowi pełną emocji dobę. Natłok przeżywanych emocji, rozczarowań, wniosków do których dochodzą bohaterowie przyprawia o zawrót głowy. Dochodzi do przewartościowania życiowych problemów, chwilami sprawy, którymi bohaterowie są na co dzień zaprzątnięci przestają być ważne. A to co zdaje się nieważne wysuwa się na pierwszy plan.
I SŁÓW KILKA…
Czytając można sobie zadać pytanie po co to wszystko? Jak się w tym nie pogubić? Jak wśród tylu ludzi można czuć się tak samotnym?
Książka Heather McGowan jest jakby dwudziestoczterogodzinnym seansem, podczas którego jak w kalejdoskopie możemy obserwować życie innych ludzi. Tytułowe zaś muzeum staje się tu w zasadzie jedynie barwną dekoracją.
Urszula Gulbińska-Konopa
Za książkę Heather McGowan, Przyjaciele muzeum dziękujemy Wydawnictwu Literackiemu



