AGNIESZKA ŁOPATOWSKA I JEJ SPOJRZENIE NA PARYŻ

Agnieszka Łopatowska to pisarka, którą już znamy. Jej pierwsza książka W Paryżu możesz być kim chcesz okazała się na tyle ciekawa, że wręcz prosiła się o drugą część. Tym razem okazuje się, że Paryż to zawsze pomysł, jak mawiała sama Audrey Hepburn i wraz z autorką poznajemy kolejne smaczki stolicy Francji.

Z przyjemnością zapraszam Was do lektury wywiadu Magdaleny Leszner-Skrzecz z Agnieszką Łopatowską.


Magdalena Leszner-Skrzecz: Przede wszystkim gratuluję kolejnej książki. Paryż, jak widać, okazuje się księgą bez dna.

To już kolejna pozycja o mieście, który wybrała Pani na swój dom. Pierwsza książka, według mnie, była bardziej zadziorna, jeśli mogę to tak nazwać. Druga jest chyba nieco spokojniejsza. Paryż Panią zmienił, może nadal zmienia?

Agnieszka Łopatowska: Bardzo dziękuję za miłe słowa. Choć przyznaję, że dość zaskakujące. Byłam przekonana, że właśnie druga moja książka o francuskiej stolicy – Paryż to zawsze dobry pomysł jest nieco bardziej odważna, choćby dlatego, że pełna smoków, wikingów czy złodziei klejnotów. Ale może też racja, że przez tych kolejnych kilka lat bardziej oswoiłam się z tym miastem, stałam się wobec niego bardziej krytyczna, a może i mnie samą ono właśnie w ten sposób zmieniło. Często powtarzam, że Paryż pozwala każdemu na znalezienie takiej cząstki siebie, o której nie mieliśmy pojęcia i być może właśnie namierzyliście ją Państwo u mnie…

M.L.S.: W jaki sposób dokonywała Pani wyboru tematów do tej książki? Jak był jej klucz?

A.Ł.: Szkiełko, oko i ucho autorki 😊 Tematy poruszone w tej książce gromadziły się w mojej głowie od dawna, w zasadzie od momentu, kiedy skończyłam poprzednią. Największą trudnością było wybranie tych według mnie najciekawszych i nie zagłębianie się w nie na tyle, by nie stały się nudne dla czytelnika. Kiedy zaczynałam ziewać przy pisaniu, uznawałam to za znak, że należy natychmiast kończyć dany wątek. Wiele tematów czerpię z miasta, przyglądając się jego detalom, jak choćby tablicom z cyklu „Historia Paryża” czy innym – pamiątkowym, rozsianym w miejscach nieoczywistych, śledząc twórców street-artu, przysłuchując się mieszkańcom i turystom. Z wielką przyjemnością eksploruję archiwa paryskie, zarówno w miejskich muzeach, jak i w zasobach książkowych, które są już świetnie zdigitalizowane i nie ma problemu, żeby zagłębić się chociaż w legendy spisane w XIX wieku.

M.L.S. Mimo wszystko gdzieś Pani celuje w opowieści z dreszczykiem, a Paryż ma ich sporo…

A.Ł.: Znałam kilka z nich, ale nie spodziewałam się, że jest ich tak wiele. Dość wspomnieć o tym, że co najmniej dwa razy święci – patroni miasta – musieli wyganiać z niego smoka. Matka Boska ożywała każąc przysięgać sobie wieczną miłość. Diabeł czyha na każdym kroku, a chimer z dachu Notre Dame lepiej nie denerwować. Nie wspomnę już o tym, że niegdyś słynne paszteciki wyrabiane były tu podobno przez zbrodniczy duet taką metodą, że nawet król został kanibalem. Mamy też nieznajomą z Sekwany, która – choć nikt nie zna jej imienia – jest najczęściej „całowaną” kobietą świata.

M.L.S.: Znajdujemy więc także historie o świętych i cudach…

A.Ł.: A wśród nich największą bohaterkę Paryża, choć właściwie pra-Paryża, czyli Lutecji, Świętą Genowefę. Dziewczyna, żyjąca w piątym wieku naszej ery, wielokrotnie uratowała mieszczan przed różnymi klęskami, między innymi głodu, zarazy i podbiciem przez wrogie ludy. Jest symbolem niezłomności duchowej, jako żywa latarnia jaśniejąca w ciemności świata naznaczonego upadkiem moralności i chaosem. Warto jej posągów wypatrywać w Paryżu.

M.L.S.: Miasto jest pełne zielonych placów, skwerów, ogrodów. Gdzie Pani spędza najchętniej wolny czas? W którym z nich wypoczywa Pani najczęściej?

A. Ł.: W tej okolicy, w której aktualnie jestem. Lubię, wzorem Francuzów, urządzać pikniki. Często więc podczas przemierzania miasta kupuję bagietkę, kawałek sera, coś do picia i siadam na ławce, albo na trawie na najbliższym skwerze. W takich zielonych enklawach często jest miejsce na plac zabaw dla dzieci, stoły do ping-pinga, boisko do koszykówki, czy bulodrom – tor do gry w bule (petanque). Miłym urozmaiceniem są też fontanny czy pomniki i piękne klomby kwiatów. Lubię też wzgórze Montmartre, tam zawsze miło jest przysiąść i poobserwować tych wszystkich pięknych ludzi wokół.

M.L.S.: Kuchnia francuska – to, za co kochamy Francuzów – znalazła miejsce w książce. Czym jest dla Pani? Jak przekłada się historia poznanych dań na sam ich smak?

A.Ł.: Za każdym produktem i daniem kuchni francuskiej zawsze stoi inna historia. To hołd dla regionu, tradycji, produktów lokalnych, a często też rodziny i jej korzeni. „Podróżowanie brzuchem” to jeden z moich ulubionych stylów poznawania świata, więc i tutaj staram się korzystać ze statusu francuskiej gastronomii. Częściej więc wybiorę boeuf bourguignon niż ramen. Jedzenie we Francji jest rytuałem, razem z całą jego otoczką, na którą składają się nie tylko potrawy, ale i sposób ich podania, obsługa, atmosfera w lokalu, wystrój jego wnętrza i radość biesiadujących z dzielenia wspólnego czasu. W Polsce czasami zapominamy o tym ostatnim, nad czym ubolewam.

M.L.S.: Zaskoczyła mnie opowieść o ziemniakach. Wydaje mi się, że nie goszczą one zbyt często na stołach francuskich?…

A.Ł.: Jeśli już, to częściej w formie frytek albo purée. W XVIII wieku ziemniaki były traktowane we Francji z wielką nieufnością, a nawet budziły strach – oskarżano je o wywoływanie trądu i dżumy, co doprowadziło do zakazu ich uprawy i sprzedaży na blisko dwadzieścia lat. Los tego warzywa odmienił młody farmaceuta, Antoine-Augustin Parmentier.

Podczas niewoli w Prusach w trakcie wojny siedmioletniej, ziemniaki stanowiły jego podstawę wyżywienia. Przeżył, a po powrocie do ojczyzny postanowił poświęcić się przywróceniu tego cennego warzywa na francuskie stoły, stosując pomysłowe metody. Organizował wykwintne kolacje dla ważnych osobistości, których menu składało się wyłącznie z potraw z ziemniaków. Wiedząc, że kluczowe jest poparcie dworu królewskiego, podarował królowej Marii Antoninie i królowi Ludwikowi XVI kwitnące łodygi ziemniaków, które monarchowie z dumą nosili.

Król, będąc miłośnikiem nauki, pozwolił mu uprawiać bulwy na dwóch hektarach ziemi w pobliżu Wersalu. Aby przekonać do nich szerszą publiczność, Parmentier zastosował fortel: ustawił warty strzegące pól w dzień, co miało sugerować, że bulwy są niezwykle cennym skarbem. W nocy jednak straże były odwoływane. Efekt „zakazanego owocu” zadziałał natychmiast – uprawy zostały rozkradzione, a Francuzi po raz pierwszy od dawna skosztowali ziemniaków. Dzięki jego pracy, został okrzyknięty „ojcem ziemniaka”. Z tego powodu na jego grobie na cmentarzu Père Lachaise często można zobaczyć małe figurki bulw z doczepionymi oczkami lub domalowanymi uśmiechami.

M.L.S.: Opisuje Pani klejnoty z Galerii Apollina, tuż przed tym, jak zostały skradzione w październiku. Nie jest to jedyna kradzież ostatnich lat. Co się dzieje z tą ochroną cennych zabytków, kosztowności w salonach haute-couture? Jak Pani to widzi codziennie obserwując Paryż, który chroni się przed zamachami, walczy z terroryzmem i pilnuje dzieł sztuki?

A.Ł.: Dwóch dni zabrakło, żeby rozdział Klejnoty są wieczne, ale niektóre przepadają bez śladu miał zupełnie inny finał. Książka była już w druku, kiedy włamywacze rozbijali okna Luwru i gabloty mające strzec najcenniejszych, a właściwie najbezcenniejszych, skarbów Republiki. Zupełnie nie przewidując aż takiej akcji, rodem z opowieści o Arsenie Lupin, a może i o gangu Olsena, opisałam napady na jubilerów, do których doszło w ostatniej dekadzie i połączyłam to z opowieścią o kosztownościach znajdujących się właśnie w galerii Apollina. Zaprawdę nie chciałam być złą wróżką, ale z poprzednich doświadczeń z kradzieżami klejnotów można wyciągnąć wnioski, że najbardziej zainteresowane ich odnalezieniem i zabezpieczaniem są firmy ubezpieczeniowe, które często ustanawiają nagrody za ich odnalezienie.

Luwr znalazł się w o tyle trudnej sytuacji, że już od dłuższego czasu zbiera fundusze na poważny i bardzo kosztowny remont, połączony z przeprowadzką niektórych dzieł, jak Mona Lisa, której umiejscowienie paraliżuje ruch w większości okolicznych komnat, o tej, w której się znajduje już nawet nie wspominając. Prace miały oczywiście objąć również systemy zabezpieczeń, w których kolejne kontrole wykazują poważne uchybienia. Zresztą od czasu napadu na Luwr ujawniono jeszcze kilka innych kradzieży w różnych francuskich muzeach, które można nazwać po prostu bezczelnymi, bo już nawet nie brawurowymi.

Natomiast muszę podkreślić, że wszystko to są incydenty, które nie mają wpływu na stan bezpieczeństwa ludzi przebywających w mieście na co dzień. Stan alertowy jest utrzymywany praktycznie ciągle, ale dzięki temu też na ulicach i w środkach transportu jest wiele patroli różnych służb, działa monitoring i stale kontrolowane są wszelkie ruchy mogące wskazywać na przygotowanie do ewentualnych zamachów terrorystycznych. Trzeba pamiętać, że Paryż odbył gorzkie lekcje pod tym względem, o czym również piszę, ale na pewno wyciągnął odpowiednie wnioski. Kiedy ktoś mnie pyta, czy tu jest bezpiecznie, a nie ukrywam, że słyszę to pytanie nader często, odpowiadam, że nie mniej niż w każdym dużym mieście na świecie.

M.L.S.: To teraz trochę pozytywnych wibracji. Jak Paryż to moda. Także miałam okazję oglądać wystawę Louvre Couture, którą się oczywiście zachwyciłam. Chyba tylko Francuzi potrafią tak doskonale połączyć różne gatunki sztuki i stworzyć z tego prawdziwe przedstawienie…

A.Ł.: Kocham tę wystawę! Byłam na niej dwa razy, spędzając na wyszukiwaniu i podziwianiu eksponatów długie godziny. Król Ludwik XIV doskonale wiedział, co robi, stawiając na modę i luksus jako źródło interesów i sposobów na rozszerzanie francuskich wpływów. Za panowania tego władcy, Francja stała się imperium luksusu. Inwestował w rodzime manufaktury wytwarzające ekskluzywne dobra, od delikatnych jedwabi z Lyonu i koronek z Calais, po prestiżowe perfumy i biżuterię. Wersal był wówczas wyrocznią stylu i wzorem elegancji dla całej Europy. Elity innych państw musiały przyswajać francuskie obyczaje i stroje, by utrzymać swoją pozycję towarzyską. Moda, jako kluczowy towar eksportowy, stała się efektywnym i dyskretnym instrumentem wpływu. Król świadomie prowokował częste rewolucje w trendach, aby napędzać konsumpcję i gwarantować, że Europa będzie ciągle finansowo i kulturowo uzależniona od Paryża.

Do tej pory każdy dom mody to misternie działająca machina łącząca wiele talentów, umiejętności, rzemiosł, a przede wszystkim bogactwo wyobraźni. Słynna Paryżanka, której wizerunek stał się symbolem Wystawy Powszechnej w 1900 roku, niosła w świat najważniejsze przesłanie: prawdziwa moda nie istnieje nigdzie indziej, jak tylko tutaj, nad brzegiem Sekwany. I to właśnie tutaj stała się jedną ze sztuk pięknych.

M.L.S.: Czy są jeszcze sytuacje/rzeczy, które Panią zaskakują w Paryżu?

A.Ł.: Tak i to jest w nim najpiękniejsze. Jednym z moim małych rytuałów jest robienie zdjęć wieży Eiffla za każdym razem, kiedy ją widzę. Tych, którzy pytają mnie, po co mi tyle tych kadrów, zbywam moim równie żelaznym jak ta dama argumentem: Bo nie mam z dzisiaj!. Każdy dzień jest tutaj inny, zmieniają się ludzie, światła, dekoracje, instalacje artystyczne… Jestem w życiu fanką małych zaskoczeń, a Paryż mi ich ciągle dostarcza w coraz nowszych i ciekawszych formach.

M.L.S.: Pani Agnieszko bardzo dziękuję i życzę kolejnych pięknych lat w mieście świateł.

A.Ł.: Dziękuję za ciekawą rozmowę i proszę pamiętać, że Paryż to zawsze dobry pomysł, nawet jeśli zwiedzamy go siedząc na kanapie, z książką w ręku.


Dziękujemy autorce Agnieszce Łopatowskiej za rozmowę oraz Wydawnictwu Filia za egzemplarz recenzencki.

error: Content is protected !!