TOMASZ ORŁOWSKI – BYŁY AMBASADOR RP WE FRANCJI I MONACO ORAZ AUTOR KSIĄŻEK „DYPLOMATYCZNA RATATOUILLE”

To rzeczywiście nie są przewodniki, choć znajdziemy w nich opisy kilkudziesięciu miejsc. Nie są to również pamiętniki dyplomaty, który spędził w tym kraju dość spory kawałek swego życia. Publikacje Wydawnictwa Rebis autorstwa Tomasza Orłowskiego są spojrzeniem na Francję z całym wachlarzem uczuć.
Wielką przyjemnością było dla nas spotkanie z Panem Tomaszem Orłowskim, z którym mogliśmy porozmawiać o kulturze, sztuce oraz kuchni Francji. Wysłuchaliśmy wspomnień i opowieści o niezwykłych ludziach, których spotkał na swej drodze. Dziś chcielibyśmy Was zaprosić do lektury fragmentu naszego wywiadu.
Całość zaprezentowana jest w ostatnim numerze SZTUKI ZAPISANEJ BOGACTWO KULTURY FRANCUSKIEJ
Magdalena Leszner-Skrzecz: Te dwie książki są wynikiem Państwa miłości do Francji i to miłości, która rozpoczęła się bardzo wcześnie. Mówimy w liczbie mnogiej, gdyż to dzieło stworzone wspólnie z małżonką – Panią Aleksandrą. Jak rozpoczęła się ta fascynująca podróż z Francją?
Tomasz Orłowski: Jest to trochę podzielone. Początki były u każdego z nas inne. W moim przypadku to było jednak domowe wychowanie, które spowodowało również, że w szkole średniej wybrałem od razu francuski jako język obcy. Miałem świetną nauczycielkę francuskiego. Do tego wszystkiego duża możliwość, dzięki rodzicom, wyjazdów do Francji. Jeszcze jako licealista miałem możliwość po raz pierwszy zobaczyć ten kraj. Pierwszy, drugi, trzeci raz. To mnie fascynowało. Fascynowały mnie nawet, tak jak piszę gdzieś w książce, drogowskazy. Pamiętam jak dzisiaj, a to już prawie 60, 50 lat temu, w centrum Tours drogowskaz drogi narodowej 10 z napisem Poitiers. Myślałem sobie o tej słynnej bitwie, w której Karol Młot zatrzymał Arabów. Nie wiedziałem wówczas, że paręnaście lat później pojadę tam studiować. Ale dla mnie to były niezwykle intensywne skojarzenia zarówno z tą wiedzą jak i z kulturą, którą posiadłem w domu. Potem oczywiście ich weryfikacja z rzeczywistością.
Natomiast początki mojej żony wyglądały inaczej. Bardziej ze względu na to, że jej ojciec zawodowo został wówczas skierowany do pracy w stacji Polskiej Akademii Nauk w Paryżu. W ten sposób ona – jako świeżo upieczona maturzystka znalazła się we Francji. Tak zaczęła się jej droga.
M.L.S. I pamięta Pan Paryż przed przebudową François Mitteranda. Pamięta Pan Luwr bez szklanej Piramidy…
T.O. Tak, absolutnie. Piramida to jest koniec lat 80-tych. Była stworzona na dwustolecie rewolucji francuskiej, przy której to okazji Prezydent François Mitterrand zorganizował szczyt G7 – zwany Szczytem Luwru z deklaracją Luwru. W tym samym czasie była inauguracja tego nowego rozdysponowania muzeum. Pamiętam, jak na samym początku wydawał mi się bluźnierstwem, zainstalowaniem jakieś obcej struktury, która niszczy tę harmonijną całość. Muszę Pani powiedzieć, że z czasem zrozumiałem, jak nie rozumiałem niczego i jak to dzieło Ieoh Ming Pei zorganizowało przestrzeń. Tym bardziej, że jak każdy wie albo przynajmniej może wiedzieć, Luwr nie jest przecież dziełem z jednej epoki. To dzieło, które w gruncie rzeczy w większości pochodzi z XIX-tego wieku – czasów zarówno Napoleona III jak i Republiki. Powiedziałbym, że ta część stricte zabytkowa jest dosyć ograniczona.
Pamiętam, kiedy przyjeżdżało się do Luwru i była to zupełnie inna przestrzeń. Na początku lat 70-tych byłem po raz pierwszy w muzeum. Oczywiście była to przestań dostępna dla samochodów, nie było takich kas biletowych, jakie mamy dzisiaj. W mojej pamięci przypomina to troszeczkę dzisiejsze zwiedzanie muzeów małych, regionalnych, prowincjonalnych, trochę zakurzonych, trochę niedoświetlonych. Taki syndrom, który znamy z muzeów i który ma swój urok. Taki urok posiada muzeum w Paryżu, które ludzie uznają za być może najbardziej przemawiające do człowieka, będące niezwykle staroświeckie – Muzeum Rodin. Jest wspaniałe, ale jest strasznie niedzisiejsze. Troszkę tak, jakby te rzeźby rzeczywiście ustawił Rodin. Jest to coś zupełnie innego niż muzeologia XXI wieku. Ale to ma swój urok i ja pamiętam taki właśnie Luwr.
M.L.S. Pańskie książki nie są klasycznymi przewodnikami. Te książki się smakuje – kawałeczek po kawałeczku, jak tytułowe ratatouille. Takie były początkowe założenia? Jak to się stało, że postanowili Państwo przenieść na papier swoje doświadczenia, wrażenia, uczucia.
T.O. Myślę, że po pierwsze nie było żadnego planu. Po drugie było przekonanie, które było przekonaniem również wielu ludzi, którzy mówili: warto podzielić się tym wszystkim. Po trzecie było bardzo trudno znaleźć klucz. Przyznaję, że swego czasu myślałem o napisaniu stricte przewodnika, takiego jak wydaje Pascal. Myślałem o wydaniu typowego przewodnika z trasą, ilością kroków, jak przejechać, gdzie przenocować, zjeść. Nagle poczułem, że to zupełnie mnie nie zadowala. Sprawę zarzuciłem.
Potem jednak przychodzili ludzie i namawiali mnie do napisania wspomnień ambasadora. Ja tego nie czuję z dwóch powodów. Po pierwsze bardzo nie lubię wkraczać w coś, co może być prywatnością innych albo nadmiarem relatywizmu w tym, co oceniam. Druga rzecz to coś, co niestety jest moim nieodwracalnym zmartwieniem. Popełniłem w życiu nieodwracalny błąd nie prowadząc dziennika, tak jak bardzo wiele pokoleń dyplomatów robiło. Tak na przykład robił sam Ludwik XVI, który 14 lipca wpisał do swojego dziennika: Co się stało? Nic.
Otóż często żałuję, że w czasach, kiedy spotykałem fascynujących ludzi, uczestniczyłem w wyjątkowych wydarzeniach, nie miałam tego odruchu, żeby przed położeniem się spać poświęcić choćby 10 minut, by to spisać. Oczywiście spisywałem w innych formach, ale w takich dziennikach nigdy. I tego mi zabrakło. Ten dziennik z całą pewnością wniósłby coś więcej. Dlatego ostatecznie postanowiłem, że zastosuję taką technikę, która jest dziś modną nazwą – hybrydową. Mianowicie włączyłem w książki zarówno elementy przewodnikowe, jak i moje wspomnienia osobiste oraz pasje takie jak gotowanie. Uważam, że gotowanie to nie jest zjawisko programów kulinarnych w telewizji, tylko to jest dla mnie poczucie równoprawności kobiety i mężczyzny. Bardzo ważna rzecz. A druga rzecz to fakt, że kuchnia wyraża tożsamość miejsca.
Zapraszamy na ciąg dalszy do magazynu…
Bardzo dziękujemy za wspaniałe spotkanie Panu Ambasadorowi Tomaszowi Orłowskiego, a za książki dziękujemy WYDAWNICTWU REBIS



