HOLLYWOOD I FEMME FATALE – MARLENE DIETRICH

Kiedy w 1887 roku Harvey Wilcox przystawał na propozycję swojej żony, by zakupione sto dwadzieścia akrów ziemi w pobliżu Los Angeles nazwać Hollywood, zapewne nie przypuszczał, jak słowo to będzie działać na wyobraźnię niezliczonej rzeszy przybywających tam w kolejnych dekadach poszukiwaczy szczęścia z całego świata.

Wybrałam nazwę Hollywood po prostu dlatego, że ładnie brzmi i ponieważ jestem przesądna, a ostrokrzew przynosi szczęście

Tłumaczyła swój wybór Daeida Wilcox. Z czasem ten kawałek ziemi zyskał przydomek Fabryki Snów. Miejsca, które daje nieograniczone możliwości, obiecuje sławę, bogactwo i piękno – stając się kolebką przemysłu filmowego… Nastała Złota Era Hollywood.

     Jednym z kamieni milowych okazał się dzień 6 października 1927 roku, gdy jedna z ośmiu wytwórni filmowych swoich czasów – Warner Bros. wypuściła Śpiewaka jazzowego. Był to pierwszy pełnometrażowy film, gdzie zastosowano zsynchronizowany dźwięk w sekwencjach dialogów. Choć już we wcześniej pojawiających się produkcjach z ekranu dobiegały widzów dźwięki muzyki czy odgłosy otoczenia, to jednak rewolucja, za jaką stały słyszalne głosy aktorów, przekonuje część ekspertów, by to właśnie w niej upatrywać początków Złotej Ery. Talkies, czyli właśnie filmy ze ścieżką dźwiękową stały się medium, za pomocą którego można było opowiadać historie przejmujące, emocjonalne, pełne głębi. Gwarantował je „żywy” głos. Ponadto, kino tamtych czasów było niezwykle egalitarne – kosztowało niewiele, a miejsca, w których odbywały się seanse były na wyciągnięcie ręki.

     Jednak tak naprawdę, z czego studia świetnie zdawały sobie sprawę, to nie sama fabuła czy innowacyjna ścieżka dźwiękowa przyciągały do sal kinowych. Prawdziwym czynnikiem X gwarantującymi regularne wpływy na konto stali się aktorzy. Dla szarego człowieka klasy pracującej borykającego się to z Wielką Depresją, to z hukami pistoletów maszynowych na frontach wojen światowych, aktorzy byli nie tylko postaciami snującymi się po ekranie, ale raczej nieuchwytnymi marzeniami. Wszystkim tym, czym człowiek ów mógłby się stać, gdyby jemu przydarzyła się historia jak ta śledzona z zapartym tchem podczas seansu. Studia filmowe musiały zrobić więc wszystko, by reprezentujący ich na ekranie bohaterowie nie byli zwykłymi śmiertelnikami, których każdy mógł oglądać w lustrze o poranku. Pojawił się nowy panteon bóstw, niejako produkt marketingowy skrojony na miarę swych czasów. Musieli oni świecić na firmamencie, nieskazitelni i według ściśle napisanego scenariusza.

     Normą stało się, że osoby wybierające karierę w Hollywood zmieniały niepasujące, zbyt trywialne dla całokształtu kreowanej postaci nazwisko. Wytwórnia 20th Century Fox miało poważne wątpliwości czy dziewczyna ochrzczona jako Norma Jeane Baker będzie w stanie zawładnąć światem jako blond seksbomba? Dlatego po kilku przymiarkach z różnymi koncepcjami narodziła się dla świata jako Marylin Monroe.

     Co gwarantowało sukces takiego przedsięwzięcia? Trwające nawet siedem lat kontrakty zawierane między studiem a pracującymi dla nich aktorkami i aktorami. Jak wyglądać, co jeść, gdzie mieszkać, w co się ubrać, z kim być widywanym, co mówić i myśleć – wszystko to było predestynowane w momencie podpisana umowy. Aktorki jako obiekty męskiego pożądania, aktorzy jako amanci zniewalający urokiem oraz męskością. Każdy aspekt życia poza ekranem musiał zawsze korespondować z rolą, jaką przypadała im w udziale, gdy stawali się produktem studia. A te prześcigały się w stworzeniu produktu idealnego. W cenie znalazły się femme fatale zza oceanu.

     Wytwórnia Metro Group miało Garbo, pozostałe duże studia gorączkowo szukały innej równie wysublimowanej postaci, obdarzonej cudzoziemską tajemniczością, europejskim wyrafinowaniem, hipnotyzu­jącym głosem z obcym akcentem i w miarę możliwości wysokimi kośćmi policzkowymi oraz uwodzicielskim spojrzeniem, które potężnemu MGM zapewniły przychody z kas biletowych.

     Odpowiedź na olśniewającą Szwedkę Gretę Garbo, studio Paramount odnalazło w osobie Marlene Dietrich. Jak na miarę owych czasów przystało jej pierwszy kontrakt zabraniał związywania się z jakimkolwiek innym studiem, tak na wypadek, gdyby powróciła do Niemiec, a potem chciała przyjechać do Stanów, by znów grać dla amerykańskich wytwórni. W kolejnych umowach można było znaleźć takie zapisy jak: brak możliwości wyboru scenariusza czy zgłaszania do nich zastrzeżeń, możliwe zawieszenia za niesubordynację, kary finansowe i utratę gaży. W 1933 roku studio pozwało ją za odmowę udziału w Pieśni nad Pieśniami, której to dokonała ze względu na brak udziału jej „stwórcy” Josefa von Sternberga w roli reżysera.

Z początku upatrywano w niej idealną femme fatale. Jednak szybko okazało się, że świetnie lawirowała między niedającymi się pogodzić na pierwszy rzut oka rolami. Choć z początku studio nie było zachwycone faktem, iż ich gwiazda przywiozła do Stanów dziecko czy też posiadała status mężatki, co femme fatale zupełnie nie przystoi, doszukali się także i w tych okolicznościach świetnego biznesu. Tajemnicza i piękna Niemka o równie tajemniczym spojrzeniu przeistaczała się według potrzeby w kochającą matkę i żonę przyciągając nie tylko wielbicieli jej sławnych nóg, które studio ubezpieczyło na milion dolarów, ale również mieszkańców Pasa Biblijnego (tzw. „konserwatywnych protestantów”)…

     Promowano na potęgę zdjęcia z córką Marią, której zawsze ucinano nogi w kadrze, by nie było można dopatrzyć się, że staje się coraz starsza. Szczególną sympatię zyskała w oczach opinii publicznej, gdy na jaw wychodziły wszelkie szczegóły związane z pogróżkami porwania, jakie przychodziły pod adresem Marii. Pozwalano Marlene jeszcze bardziej zabłysnąć na piedestale rodzicielstwa tym razem jako niezwykle oddanej matce.

     Dietrich miała nie tylko seksapil, tajemniczość, europejską finezję, świetne nogi, ale także atrybuty Madonny. Niech MGM to pobije! Gdzie Garbo miałaby naprędce znaleźć sobie dziecko?

CDN

Joanna Marcinkowska


    Cały artykuł ukazał się w ostatnim numerze SZTUKI ZAPISANEJ KOBIECY DOTYK SZTUKI. Do opowieści o Marlenie Dietrich zainspirowała autorkę książka Marii Riva Marlene Dietrich. Prawdziwe życie legendy kina. Wydawnictwo ZNAK Literanova, za którą dziękujemy Wydawnictwu.


error: Content is protected !!