Magdalena Wolińska-Riedi w rozmowie o Rzymie i Watykanie

Kobieta, która miała szczęście mieszkać w Watykanie. Kobieta, która zna Rzym ten nieoczywisty, prawdziwy, tajemniczy… Magdalena Wolińska-Riedi jest autorką pięciu książek, w których odkrywa życie w Wiecznym Mieście oraz za Spiżową Bramą. Jej publikacje przybliżyły nas do piękna serca włoskiego. Dziś, na łamach SZTUKI ZAPISANEJ, możemy zaprezentować wywiad, którego udzieliła nam autorka.

Zapraszamy serdecznie do lektury.


Magdalena Leszner-Skrzecz: Mieszka Pani w Rzymie od ponad dwudziestu lat. To jest po prostu Pani miejsce na świecie. Pamięta Pani swoje wrażenia, emocje, uczucia, które towarzyszyły w pierwszym kontakcie z Wiecznym Miastem?

Magdalena Wolińska-Riedi: Po raz pierwszy przybyłam do Rzymu w 1997 roku wraz z moją klasą z warszawskiego liceum, do którego uczęszczałam. Wtedy miasto było mi zupełnie obce. Pamiętam kolosalną fasadę Bazyliki Watykańskiej, wielki Plac świętego Piotra, przestrzeń, nieprzebrane tłumy ludzi, które go wypełniały, niesamowite wrażenia i zachwyt nad pięknem oraz rozmachem tego miejsca. Stałam oniemiała przed ogromem tego geniuszu architektury. I muszę przyznać, że czasem wciąż towarzyszy mi niedowierzanie, że ten skrawek ziemi stał się moim światem, że po placu świętego Piotra swoje pierwsze kroki stawiały moje córeczki, że przechodziłam tędy tyle razy, przeciskając się pośród tłumów pielgrzymów i turystów, by schować się w ciszy Watykanu za Murami. Niesamowite jest to, jak moje życie od tamtego momentu się potoczyło i jak było i wciąż jest bogate w przeżycia, emocje, ubogacające spotkania z ludźmi i ogrom wspomnień, które mnie wypełniają. 

M.L.S. Co jakiś czas słyszymy o nowych odkryciach archeologicznych w Rzymie, co oznacza, że miasto jeszcze nie ujawniło wszystkich swych tajemnic. Czy Rzym Panią jeszcze zaskakuje?

M.W.R. Oczywiście. To miasto, którego poznawanie i doświadczanie nigdy się nie kończą. Kiedy zamieszkałam za Spiżową Bramą przed moimi oknami na parterze budynku roztaczał się widok na niewielki plac, na którym dorastało kilka drzew. Trzy lata później rozpoczęły się tam prace ziemne pod budowę dwupiętrowego, podziemnego garażu, nad którym miała znaleźć się watykańską centrala telefoniczna. W krótkim czasie stanął zupełnie nowy budynek. Krajobraz za oknami się zmienił, ale to co najbardziej niesamowite, odkryto podczas prac budowlanych bezcenne mauzolea rzymskich patrycjuszy oraz liczne katakumby, na ścianach ślady działalności pierwszych chrześcijan w czasach prześladowań. Tędy przebiegała właśnie starożytna via Triumphalis. Nikt wcześniej nie miał pojęcia, jak to tak naprawdę wyglądało i co pod ziemią się znajdowało.

Niedawno nieopodal placu świętego Piotra ruszyły prace w związku z projektem budowy luksusowego hotelu. Otóż na głębokości fundamentów odkryto bezcenny teatr z czasów Nerona, o którym pisali uczeni. Nikt jednak wcześniej nie dotarł do wykopalisk i jego pozostałości. Łatwo można odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego budowa kolejnych linii metra graniczy w Rzymie z niemożliwością, a wszelkie roboty idą wolno, bo co kilka metrów natrafia się na pozostałości po Rzymie starożytnym, który wciąż do dziś drzemie pod stopami.

M.L.S. Książki o Watykanie zapewne otworzyły oczy wielu czytelnikom. Pokazały bowiem kościelny świat od zupełnie innej strony niż zazwyczaj widzimy. W książce Mój Rzym. Spacerem po niezwykłych zakątkach Wiecznego Miasta prezentuje Pani miasto zwykłych ludzi. Miasto piękne i zarazem z bolesną przeszłością…

M.W.R. Dzielnica żydowska, teren dawnego getta (drugiego najstarszego w historii, założonego przez papieża w 1555 roku, czterdzieści lat po getcie w Wenecji) to obszar splamiony krwią ponad 1200 mieszkańców tej okolicy, którzy zupełnie niespodziewanie nad ranem 13 października 1943 zostali zaaresztowani i wywiezieni przez Niemców do obozu zagłady w Auschwitz. Mieli 20 minut na zabranie swoich rzeczy. Po wojnie powróciło tu 13 osób…

Dziś to wspomnienie jest wciąż żywe. Pośród dźwięków muzyki żydowskiej, koszernych knajpek, spacerujących po uliczkach ortodoksyjnych Żydów dostrzec można kamienie pamięci tzw. Stolpersteine z nazwiskami tych, którzy zostali wywiezieni i nigdy tu nie powrócili.

Ale dzielnica żydowska to także symbol cierpienia Żydów ze znacznie wcześniejszych czasów w historii, bo od momentu, kiedy papież zamknął za wysokim murem w 1555 roku wspólnotę żydowską liczącą kilka tysięcy mieszkańców. Pozostali oni tam przez kolejne ponad 300 lat! Pozbawieni praw, wcześniej prowadzonych biznesów, wykluczeni z rzymskiej społeczności, w której funkcjonowali od 1500 lat (to najstarsza diaspora na świecie poza Ziemią Świętą) i zobligowani do powracania w obręb murów przed zachodem słońca. A więc spacerując cudownymi klimatycznymi uliczkami Rzymu możemy otrzeć się o ważne, czasem tez dramatyczne (jak również w przypadku Colosseum) momenty dziejów.

M.L.S. Urzekły mnie historie włoskich rodzin, które pomimo trudności nadal pracują w swych pracowniach oraz sklepach założonych jeszcze przez przodków. Spodziewam się, że przedstawione historie nie są jedynymi, które Pani zna?

M.W.R. Na przestrzeni ponad dwudziestu lat życia w Wiecznym Mieście, w tym ponad 16 za Spiżową Bramą poznałam wiele historii, zatapiałam się wielokrotnie w pasjonujące historie ludzi, którzy tworzyli dzieje tego miasta. Cudowne są małe rodzinne przedsiębiorstwa, pracownie, piekarnie czy trattorie przekazywane z pokolenia na pokolenie.

Mam też niedaleko Watykanu zaprzyjaźnioną rodzinę, której przodkowie zaczęli zarządzać jedną z najsłynniejszych restauracyjek w okolicy. Wiele lat temu zaprzyjaźniłam się z babcią, która tutaj mieszkała jako dziewczynka jeszcze w czasie wojny. Tę urokliwą knajpkę przejął syn. Poznałam jego małe wtedy dzieci. Dziś to dorośli ludzie i sami kierują tym biznesem. Brat i siostra, która już z własnymi dziećmi przychodzi tu regularnie. Tak namacalnie można doświadczyć przekazywania pałeczki. Tłumnie odwiedzają to miejsce turyści, co zrozumiale, bo znajduje się dwa kroki od placu świętego Piotra, ale i wielu rzymian, sąsiadów i przyjaciół babci staruszki, która nadal każdego wieczoru siada za kasą, pomaga i nie odmawia sobie regularnej partyjki kart z przyjaciółką równie leciwą jak ona. Urocze! 

M.L.S W publikacjach Pani Rzym jest bardzo osobisty wręcz intymny…

M.W.R. Obecna książka to już piąta w mojej kolekcji pisarskiej. Pięć książek w pięć lat! Sama czasem myślę z uśmiechem, że to niezła statystyka, biorąc pod uwagę, że to nie jest moje główne zajęcie, a pisarką stałam się tak naprawdę przypadkiem.

A Rzym, który stal się bohaterem ostatnich dwóch publikacji, czyli Mój Rzym. Spacerem po niezwykłych zakątkach Wiecznego Miasta i Rzym od kuchni. Śladami historii najsłynniejszych dań Wiecznego Miasta to miasto, po którym spaceruję z czytelnikiem biorąc go dosłownie za rękę i prowadząc po moich ulubionych dzielnicach, ulicach, zaułkach czy placach. To Rzym ukryty dla oczu turysty, który po raz pierwszy odwiedza Wieczne Miasto i kieruje się klasycznymi przewodnikami. Dociera do najsłynniejszych zabytków, odwiedza Koloseum, Bazylikę Świętego Piotra, Plac Navona, Panteon czy Fontannę di Trevi.

W Rzymie, który odkrywamy na kartach najnowszych moich dwóch książek te monumenty i najbardziej znane punkty miasta są obecne, jak najbardziej, ale stają się niejako tłem dla opowieści o wielu innych elementach, bez których Rzym nie byłby sobą. Elementów, które miasto uzupełniają, okraszają tym jedynym w swoim rodzaju czarem i wzbudzają zachwyt. A pośród nich także te, bez których Rzym by nie funkcjonował, jak choćby najbliższa okolica wspomnianej Fontanny Di Trevi, która zasilana jest przez jedyny działający nieprzerwanie od dwóch tysięcy lat (!) akwedukt, czyli aquedotto di Acqua Vergine, długi na ponad 20 km, który dostarcza wodę właśnie do tej fontanny, jak również do słynnej łodzi la Barcaccia u stóp Schodów Hiszpańskich i kilku innych słynnych miejsc.

Ten Rzym tak, jest bardzo intymny, osobisty, związany z historią mojego życia. Książka prowadzi nas do punktów, które kocham, takich jak Piazza della Minerwa, do moich ulubionych knajpek, jak te w dzielnicy żydowskiej, gdzie znajdziemy najlepiej przyrządzone karczochy w mieście itd.

M.L.S. Muszę przyznać, że nigdy nie zastanawiałam się nad przeszłością okolic Watykanu od strony zwykłych mieszkańców. W jednej z książek opowiada pani o Borgo – to całkowicie mnie zaskoczyło i chyba nie tylko mnie…

M.W.R. Tak – dzielnica Borgo, czyli obszar pokryty gęstą, niską zabudową bezpośrednio przylegający do Watykanu to zabudowa z wczesnego średniowiecza, która zmieniała swój wygląd na przestrzeni wieków. Do dziś, kiedy spacerujemy wąskimi uliczkami, które tworzą pajęczynę okolicy Borgo napotykamy na pełne historii kamieniczki, pozostałości po dawnych pracowniach rzemieślniczych, napisy i znaki na tynku poszczególnych zabudowań. Także same nazwy ulic nawiązują do historii papiestwa i świata, jak choćby Borgo Vittorio odnoszące się do zwycięstwa (la vittoria) Świętej Ligii nad Turkami w 1571 roku!

Dzielnica Borgo to także dzieje zagmatwanych relacji nowo powstałego w 1870 roku Państwa Włoskiego i Kościoła. Znakiem pojednania po sześćdziesięciu latach złowrogiego milczenia jest słynna arteria prowadząca prosto do Placu Świętego Piotra – via della Conciliazione, która niestety spowodowała zrównanie z ziemią pięknych budowli i pałaców sprzed kilkuset lat na rzecz powstania szerokiego traktu wysadzanego niezbyt pięknymi, współczesnymi obeliskami.

M.L.S. Niejednokrotnie wspomina Pani w swych książkach o polskich miejscach, osobach, wątkach historycznych. My Polacy nie o wszystkich takich związkach wiemy. A jak się okazuje jest ich jeszcze sporo…

M.W.R. Ugruntowane związki polsko-włoskie sięgają, jak wiemy, czasów Renesansu i panowania polskiej królowej, żony Zygmunta Starego – księżnej Bari, Bony Sforzy. To ona sprawdziła włoską kulturę i włoską kuchnię w nasze strony. Włoscy architekci projektowali u nas piękne zamki i pałace.

Ale w Rzymie najwięcej jest śladów późniejszych, sięgających XIX wieku, kiedy emigracyjne losy rzuciły wielu Polaków tu do Italii, a mekką polskich wieszczów i najwybitniejszych nazwisk polskiej kultury stała się otwarta w 1760 roku u stóp schodów hiszpańskich Antico Caffe’ Greco, druga najstarsza do dziś otwarta kawiarnia na Półwyspie Apenińskim (po Caffe’ Florian w Wenecji). To największa publicznie dostępna prywatna galeria sztuki na świecie mieszcząca ponad 300 wspaniałych dzieł sztuki. To przy jednym ze stolików Caffe’ Greco Mikołaj Gogol napisał swoje Martwe Dusze i tutaj znajduje się sala, w której regularnie gromadzili się stali bywalcy: Mickiewicz, Sienkiewicz, Norwid, Siemiradzki, Gierymski i inni. Mamy tu popiersie Czesława Miłosza i jego wiersz Caffe Greco na ścianie. Była to ostoja polskiej tożsamości w czasie, kiedy naszej ojczyzny nie było na mapie świata. Tutaj kolportowano polską prasę. Ten adres był punktem odniesienia dla wszystkich, którzy troszczyli się o polską sprawę w okresie zaborów. Warto tu przyjść, bo to nie jedyna ciekawostka. W mojej książce Rzym od kuchni. Śladami najsłynniejszych dań Wiecznego Miasta opowiadam o tym, skąd wzięła się mała filiżanka do kawy espresso, a historia jest naprawdę arcyciekawa.  

M.L.S. Przyjrzyjmy się więc ostatniej publikacji. Tym razem obdarowała nas Pani kulinarną stroną miasta. Jakie wiec smaki i zapachy są kwintesencją Rzymu?

M.W.R. Rzeczywiście moja najnowsza książka opowiada o Rzymie i rzymskiej kuchni. Ale tak naprawdę jest to historia kuchni, dań, mieszkańców i samego miasta. Niezwykłym zjawiskiem w Rzymie jest to, że kuchnia faktycznie odzwierciedla duszę i charakter samych rzymian. Jest kontynuacją tradycji, obyczajów, również tych kulinarnych sięgających w niektórych przypadkach nawet dwóch tysiącleci wstecz.

W książce tej opowiadam o smakach Rzymu, które są bardzo proste, wręcz przaśne, nie przekombinowane, nie wyrafinowane, okraszone podstawowymi przyprawami, świeżymi ziołami, które rosną tutaj wokół.

Opowiadam o daniach, które są bardzo szybkie w przygotowaniu i składają się najczęściej z elementów właśnie lokalnych. Słynny ser pecorino (zwany tutaj cacio), czyli ser owczy, który rzeczywiście przygotowuje się od czasów starożytnego Rzymu. Guanciale, czyli takie suszone, wędzone podgardle. Oczywiście makaron ze zboża z rzymskich wzgórz. Nieodzowne wino białe i czerwone, które również jest przygotowywane z winorośli porastających okolice. Tak samo warzywa lokalne.

Jest coś pięknego w tym, że ta kuchnia jest właśnie bardzo prosta, a w tej prostocie autentyczna, prawdziwa, przenosząca nas wręcz do czasów zamierzchłych, do czasów średniowiecza, renesansu, baroku. Te same dania, w taki sam właściwie sposób podawane, bez dodawania żadnych innych składników funkcjonowały setki lat temu. Dzisiejsi rzymianie zamieszkujący Wieczne Miasto mieli te same smaki w ustach, co ich przodkowie.

Słynne trattorie, osterie, czyli knajpki (rodzaj tawerny), bardzo proste restauracyjki mają również swój urok. Często wchodzi się do wnętrz, które mają belki z czasów średniowiecza czy renesansu na suficie lub w ścianach. Gdzie wspornikami w konstrukcji są fragmenty lub całe starożytne kolumny, tak jak w przypadku okolic Campo di Fiori, które opiera się właściwie o pozostałości i ruiny dawnego teatru pompejańskiego.

Dlatego kuchnia rzymska i smakowanie smaków Rzymu to jest poznawanie historii miasta, kultury, mentalności samych rzymian i tego, co jest dla nich szalenie ważne. Trzeba pamiętać, że to jest bardzo istotny element codzienności. Spożywanie posiłków zawsze odbywa się we wspólnocie, niezależnie, czy to są dwie osoby czy wiele. Nadal często powraca się do tej wielopokoleniowości. To jest rzeczywiście piękne. Posiłek jest zawsze rodzajem biesiady, nawet jeżeli podawane są bardzo proste rzeczy typu słynne gnocchi. Zwykle jada się je w czwartki. Podawane są jedynie z sosem pomidorowym i posypane garścią świeżo startego parmezanu.

Inna potrawa – słynne flaczki rzymskie. Pomidorowe, doprawione sosem pomidorowym, długo duszone, podaje się tradycyjnie w sobotę. Doskonałe!

Z kolei piątek jest dniem chudym i wtedy się je najczęściej ryby, ale też nie „luksusowe”. Kiedyś to jedzenie było na bazie dorsza, który z kolei sięga swoją tradycją czasów fuzji niejako kultury rzymsko-judaistycznej, żydowskiej. Wspólnota żydowska, która jest do dzisiaj namacalna i odczuwalna również właśnie w knajpkach, osadzona jest głównie na terenie getta żydowskiego nad Tybrem. To jest fascynujące miejsce i na pewno warto tam zajrzeć.

Spacerowanie po miejscach, które opisuję, opowiadam i okraszam tą historią, to jest właśnie poznawanie historii samego miasta oraz jego mieszkańców.

M.L.S. Rzym bogaty jest w klimatyczne antykwariaty. Gdzie powinniśmy się udać, by znaleźć zaczarowane perełki?

M.W.R. Mniejszych lub większych antykwariatów jest w Rzymie całkiem sporo. To prawdziwe klejnoty. Wystarczy wejść do środka, by zanurzyć się w świecie zamierzchłej historii. Pomieszczenia wypełnione po brzegi dawnymi publikacjami, manuskryptami, rycinami, szkicami, obrazami. Czasem można kupić cenne popiersia czy całe rzeźby, zabytkowe toaletki, fotele czy piękne lampy. Niektóre z nich to przedmioty o wielkiej wartości, kosztowne i bardzo cenne, inne jak choćby ryciny z XVIII czy XIX wieku, czy stare mapy są dostępne już nawet za kilkadziesiąt euro. Uważam, że to fantastyczna forma prezentu dla kogoś jako pamiątka naszej wyprawy do Wiecznego Miasta.

Ja mam swój ulubiony antykwariat, do którego nierzadko zaglądam, prowadzony od kilkudziesięciu lat przez kolejne już pokolenie rodziny Nardecchia. Znajduje się nieopodal placu Farnese przy urokliwej ulicy via di Monserrato. Warto tam zabłądzić podczas spaceru po centrum Wiecznego Miasta. A o historii tej rodziny i całej niezwykłej okolicy opowiadam w mojej książce Mój Rzym…

M.L.S. Trudno mówić o Rzymie nie wspominając artystów, którzy go tworzyli. Ich duch jest silnie jeszcze rozpoznawalny w mieście…

M.W.R. Nie byłoby Rzymu z całym jego pięknem i bogactwie, gdyby nie papieże – mecenasi i artyści, którzy dla nich pracowali: Bernini, Borromini, Giacomo della Porta, Bramante i inni. To oni sprawili, że Wieczne Miasto omamia swą urodą, estetyką, architekturą, perfekcją linii zaprojektowanych placów. Rekordowa liczba fontann, które same w sobie są bezcennymi dziełami sztuki, począwszy od tej najsłynniejszej na świecie Fontanny di Trevi, poprzez fontanny na placu Navona, przed Panteonem czy na Placu Barberini.

Bez dwóch zdań najgenialniejszym i najbardziej obecnym w mieście w jego dziełach i projektach artysta był Gianlorenzo Bernini, który tworzył przede wszystkim dla papieża Urbana VIII Barberini i Aleksandra VII Chigi. Wędrując jego śladami możemy przemierzyć znaczną część Wiecznego Miasta: od Watykanu i Placu Świętego Piotra poprzez Plac Navona, Plac Minerwy na tyłach Panteonu z jego słynnym słoniem i maleńkim obeliskiem na jego grzbiecie, aż po Pałac i Plac Barberinich z fontanną Trytona czy cudowne wnętrze Galerii Borghese w ogrodach o tej samej nazwie, czyli słynnej Villi Borghese.

Ogromne znaczenie dla dopełnienia urody miasta miały także liczne projekty hydrologiczne mistrza budowy fontann zwanego il fontaniere di Roma, czyli wspomnianego już Giacomo della Porta, nadwornego architekta m.in papieża Sykstusa V, który nadał miastu zupełnie nową linię architektoniczną łącząc siecią głównych arterii wszystkie największe bazyliki papieskie i kluczowe punkty na mapie miasta, jak choćby szczyt wzgórza Świętej Trójcy nad schodami hiszpańskimi z bazyliką Santa Maria Maggiore, ulicą via Sistina, czerpiąca nazwę od imienia papieża. Giacomo della Porta nie tylko dokończył budowę kopuły bazyliki świętego Piotra po śmierci Michała Anioła, ale też był autorem jednych z najsłynniejszych fontann – jak ta przed Panteonem, na Piazza della Colonna czy słynna Fontanna Żółwi, fontanna delle Tartarughe, na placu Matteich w okolicach żydowskiego getta.

M.L.S. Z kim z przeszłości, jeśli byłaby taka możliwość, chciałaby Pani pospacerować po Rzymie?

M.W.R. Domyślam się, że może nie będę zbyt oryginalna, ale na pewno pierwszy wybór padłby na Michała Anioła. Rzym i Watykan są pełne śladów tego geniusza wszechczasów. Już jako młoda dziewczyna czytałam nocami z latarką pod poduszka Udrękę i Ekstazę. Potem jako mieszkanka Watykanu byłam kierownikiem produkcji dużego polskiego serialu dokumentalnego Tajemnice Watykanu, którego realizacja pozwoliła mi zgłębić zakamarki za Spiżową Bramą, w tym też namacalne ślady obecności i twórczości właśnie tego artysty. Na tyłach Kaplicy Sykstyńskiej, której jak wiemy z kart historii nie chciał malować (ponieważ, jak powtarzał, kłócąc się ze swoim zleceniodawcą Papieżem Juliuszem II della Rovere, nie był malarzem, lecz rzeźbiarzem) do dziś możemy dostrzec małe otwory w murze od strony ściany Sadu Ostatecznego, przez które podawano mu posiłki, jako że Michał Anioł przy malowaniu sklepienia w latach 1508-1512 zamknął się w kaplicy, bo nie chciał, by ktokolwiek widział postępy w jego twórczości.

W Watykanie istnieje też zupełnie niezwykle archiwum Fabryki Świętego Piotra, które powstało już w czasach budowy obecnej bazyliki watykańskiej, czyli ponad 500 lat temu. W zazdrośnie strzeżonych przez personel archiwum regalach przechowywane są do dziś manuskrypty Michała Anioła, jego listy do papieża w których między innymi skarży się na kardynałów nie wypłacających na czas pensji jego współpracownikom przy budowie świątyni. Te wszystkie elementy sprawiają, że od zawsze czuję, jakby ten artysta był mi kimś bliskim, kimś nam absolutnie współczesnym. Nieraz zaglądam do Bazyliki Świętych Apostołów, gdzie znajdował się jego pierwszy pochówek, a na Placu Weneckim spoglądam na budynek, w którym mieszkał latami podczas swojego pobytu w Wiecznym Mieście.

M.L.S. Miała Pani szczęście żyć w Watykanie w czasie pontyfikatu trzech Papieży. W tym roku obchodzimy dwudziestą już rocznicę śmierci Świętego Jana Pawła II. Kim dla Pani był Ojciec Święty? Jakie wspomnienia Jego osoby towarzyszą Pani do dziś?

M.W.R. Osoba papieża, Jana Pawła II była swoistym nurtem przewodnim, osią mojego całego życia już od wczesnej młodości. Dokładnie od momentu, kiedy miałam 16 lat i przybyłam do Włoch po raz pierwszy – niejako na zaproszenie Papieża – na Dni Młodzieży Europy w Loreto w 1995 roku. Pamiętam, jak ostatniego wieczoru, zanim się wszyscy rozjechali, Ojciec Święty zwrócił się do nas z ponownym zaproszeniem – tym razem na Światowe Dni Młodzieży na przełomie tysiącleci w Rzymie w 2000 roku, czyli 5 lat później. Odczytałam to jako Jego osobiste zaproszenie. Swoiste wezwanie dla mnie. Poczułam, że to jest to. Zdecydowałam, że przybędę do Rzymu w 2000 roku i tak też uczyniłam.

W międzyczasie zaczęłam studiować italianistykę (w 1998 na Uniwersytecie w Warszawie, gdzie żyłam i mieszkałam), więc stosunkowo dobrze znałam już język włoski. Przyjechałam do Rzymu na Dni Młodzieży jako wolontariuszka.

Dosłownie ostatniego dnia po czterotygodniowej posłudze, przy bramie spiżowej w Watykanie poznałam papieskiego gwardzistę, który stał tam na służbie. 

To był moment zwrotny mojego życia. Jak się okazało, trzy lata później wyszłam za niego za mąż i zamieszkam w Watykanie.

Nigdy nie wiemy co nam Los zgotuje, ale niewątpliwie bez tego elementu nie byłoby mojej historii w takiej formie, w jakiej się ona potoczyła. Moje córki nie urodziłyby się w Watykanie, nie uczyłyby się stawiać pierwszych kroków na Placu Świętego Piotra, nie jeździłyby na wrotkach wokół fontann Berniniego. Miejscem życia mojej rodziny i epicentrum naszej egzystencji przez 16 lat był sam Watykan. Teraz już od kilku lat jesteśmy poza Murami, ale nadal bardzo blisko, zaledwie 100 m od Placu Świętego Piotra. Widzę okna Pałacu Apostolskiego z okiem mojego mieszkania. Okna, w których niebawem miejmy nadzieję, zapali się znów po 12 latach światło, gdyż nowy Papież Leon XIV zamierza się tam przeprowadzić. To jest cały czas nasze miejsce na ziemi.

Jan Paweł II był mi bardzo bliski i takim pozostał zawsze. Kiedy wprowadziłam się za mury Watykanu kontakt z Ojcem Świętym był wyjątkowy choćby poprzez język polski, który nas łączył i stanowił swoisty szyfr niezrozumiały dla innych. Miałam wielką radość oraz przywilej spotykać naszego papieża wielokrotnie w czasie moich dwóch pierwszych lat życia za murami Watykanu, czyli Jego ostatnich lat pontyfikatu 2003 – 2005. A poza tym miałam również bliski kontakt z Jego najbliższym środowiskiem, z sekretarzami, z siostrami sercankami, które prowadziły jego dom.

Wiele było niezwykle wzruszających chwil i spotkań z Papieżem. Pamiętam szczególnie to ostatnie – bardzo krótkie, tuż przed Jego śmiercią, gdy powracał po raz ostatni z polikliniki Gemelli po tracheotomii w marcu 2005 roku. Wówczas ksiądz Dziwisz powiedział do mnie, abym przyszła na dziedziniec w pałacu apostolskim, gdyż będą wtedy wracać ze szpitala i będzie okazja zobaczyć jeszcze Ojca Świętego. I tak było. Jan Paweł II pobłogosławił mnie. Ten krzyż na czole, jaki mi pozostawił, to jest wspaniały drogowskaz, który zachowuje w sercu do dziś.

Po śmierci Papieża, Jego działanie było dla mnie nadal bardzo wyraźne. Za każdym razem, kiedy byłam gdzieś w rozterce życiowej i udawałam się do Jego grobu, odczuwałam poczucie wewnętrznego spokoju i bezpieczeństwa.

Ja bardzo wierzę w Jego stałą opiekę, jaką otacza mnie do dziś. I do dzisiaj ta Jego obecność, Jego grób w bazylice, gdzie często powracam jest czymś nieodzownym w moim życiu.

M.L.S. Pani Magdaleno bardzo dziękuję za te wzruszające historie. Dziękuję także za rozmowę oraz wprowadzenie nas w rzymski świat bogatej kultury.


Zapraszamy także na stronę autorki https://magdalenawolinskariedi.pl, gdzie na bieżąco możemy śledzić wiadomości z Rzymu oraz Watykanu.

error: Content is protected !!