IGOR MITORAJ – ROZMOWA Z AGNIESZKĄ STABRO

IGOR MITORAJ – twórca, o którym wciąż za mało wiemy i zdecydowanie za mało doceniamy. Ostatnio ukazała się książka Wydawnictwa Rebis Igor Mitoraj. Polak o włoskim sercu Agnieszki Starbo. W związku z premierą porozmawialiśmy z autorką o fascynacji polskim rzeźbiarzem, jego drodze do włoskiego miasteczka Pietrasanta, przyjaźni z Kantorem i zapomnieniu… przez rodaków.

Magdalena Leszner-Skrzecz: Dlaczego właśnie Igor Mitoraj stał się bohaterem Pani opracowania?

Agnieszka Stabro: Sztuką i twórczością Igora Mitoraja zainteresowałam się jeszcze w liceum, kiedy na placu Zamkowym w Warszawie odbywała się wielka, retrospektywna wystawa jego prac. Rzeźby artysty mnie zachwyciły i zafascynowały; ta fascynacja trwa aż po dziś dzień, jednak nie myślałam wcześniej o Igorze w kontekście bohatera książki. Dopiero kiedy mój przyjaciel, który zajmuje się malarstwem i również darzy zachwytem twórczość Mitoraja, zasugerował napisanie jego biografii, „połknęłam haczyk”, przy czym nie od razu zabrałam się za pisanie. Byłam pewna, że o tak wielkim artyście powstała już niejedna biografia. Gdy jednak okazało się, że nie tylko takiej biografii nie ma, ale, co więcej, informacje, pojawiające się „tu i ówdzie” na temat życia artysty, są niespójne, a nieraz wręcz nieprawdziwe, postanowiłam „rozwikłać zagadkę” i uporządkować nieco ten chaos. I tak powstała książka „Igor Mitoraj. Polak o włoskim sercu”, która, ze względu m.in. na odbywane przeze mnie podróże do miejsc ważnych dla artysty, stała się dla mnie samej czymś dużo więcej niż tylko biografią twórcy.

M.L.S. Wcześniej pisała Pani o Camille Claudel – genialnej rzeźbiarce, o której wciąż chyba za mało wiemy. Czy to właśnie rzeźba, to trudne medium dla artysty, skradła Pani serce?

A.S. Można powiedzieć, że to czysty przypadek, chociaż oczywiście bardzo cenię rzeźbę i trud, który w tę dziedzinę sztuki wkładają twórcy, jednak to nie ona była kryterium wyboru. Kryterium wyboru stanowili sami bohaterowie, ich życie, ich losy, to, jakimi byli ludźmi nie tylko jako artyści, ale również na co dzień, jaki mieli charakter etc. Zawsze, w pisanych przeze mnie książkach, przede wszystkim fascynuje mnie człowiek, później to, co robi. Pierwsza „popełniona przeze mnie biografia” była biografią Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej (Życie listami pisane. Zbeletryzowana opowieść o Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Bellona 2013), w której wyszłam od fascynacji twórczością poetki, jednak w której skupiłam się przede wszystkim na pokazaniu jej innego, w dużej mierze nieznanego, „odlukrowanego” oblicza i opisaniu trudnego oraz tragicznego, lecz wciąż niesłusznie pomijanego, okresu życia Jasnorzewskiej na emigracji. Obecnie pracuję nad historią romskiej bohaterki, Alfredy Markowskiej, która ratowała dzieci z transportów do Auchwitz w czasie II wojny światowej. Można więc powiedzieć, że rzeźba była swego rodzaju „przystankiem” na mojej biograficznej drodze, chociaż nie wykluczam, że jeszcze do niej wrócę. Zależy mi również na wydobywaniu historii i bohaterów, którzy niesłusznie pozostają w cieniu i na marginesie. To chyba jest najważniejsze kryterium, niekoniecznie to, czym się zajmowali.

M.L.S. Kantor i Mitoraj – wiele mieli ze sobą wspólnego i Pani to przed czytelnikiem odkrywa. Ich wspólna droga rozpoczęła się w Krakowie i…

A.S. …trwała aż do śmierci Kantora, chociaż fizycznie można powiedzieć, że zakończyła się wraz z wyjazdem Mitoraja z Polski w 1968 roku. Pozostawali jednak ze sobą w kontakcie listownym i telefonicznym, Igor zawsze woził ze sobą jedną z grafik Kantora. Wpływ, który wywarł Tadeusz Kantor na Igora Mitoraja jest nie do przecenienia, co zresztą sam Igor często podkreślał. Można nawet powiedzieć, że po wyjeździe w 1968 roku Igor Mitoraj kroczył drogą Tadeusza Kantora, znacząc swoje szlaki na mapie Paryża. Myślę też, że ich droga jest z jednej strony bardzo różna, ale z drugiej podobna i podobnie zakończona. Uważam, że zarówno dla Kantora, jak i dla Mitoraja, uznanie za granicą jest większe, niż u nas. W obydwu przypadkach ich twórczość jest na tyle uniwersalna, że czytelna dla osób z różnych kręgów kulturowych.

M.L.S. Dużo miejsca poświęca Pani Pietrasante – małemu, toskańskiemu miasteczku, w którym Mitoraj zamieszkał i pragnął zostać pochowanym, co oczywiście się stało. Co go w nim urzekło?

A.S. Można powiedzieć, że wszystko. Z pewnością urzekł go fakt, że Pietrasanta jest miasteczkiem, które żyje ze sztuki i sztuką. Odbywa się w nim mnóstwo artystycznych festiwali, od lat, a nawet od wieków, zamieszkiwane jest przez malarzy i rzeźbiarzy. Rzeźby są bardzo mocno obecne w plenerze, można je spotkać właściwie na każdym kroku. Bliskość Carrary i jej sławnych kamieniołomów, z których wydobywa się znany na cały świat marmur kararyjski, którego używał m.in. Michał Anioł (a także sam Igor), jeden ze sławnych obywateli miasta, ślady, które po sobie zostawił, zabytki, których historią sięga XVII czy nawet XVI wieku, wielosetletnia włoska tradycja, którą czuć i widać w architekturze, to wszystko z pewnością zachwyciło Igora, ale nie tylko. Podczas pobytu w Pietrasanta i rozmów z ludźmi, którzy go znali, zrozumiałam, że Igora, miłośnika i znawcę włoskiej kultury, urzekło w Pietrasante coś jeszcze, a mianowicie tak bardzo charakterystyczny dla południa Europy sposób i styl życia, który być może nie był tak wyczuwalnym w często odwiedzanym przez Igora Rzymie. Igora w Pietrasanta zachwyciła kameralność i prowincjonalność, w dobrym tego słowa znaczeniu. To, że nikt się tam nie spieszy i zawsze ma czas na poranne espresso a wieczorem na długie biesiadowanie przy winie. Na rozmowy i bycie razem. Podobało mu się to, że wszyscy się znają i tworzą wspólnotę, chociaż chodził swoimi drogami. Być może zawsze podświadomie tęsknił za sielskim dzieciństwem na wsi i właśnie na włoskiej prowincji odnalazł jego ślady? No i pogoda. Na moje pytanie „Dlaczego właściwie Igor tak pokochał Pietrasante?”, skierowane do Jean Paula Sabatier, partnera, z którym Igor spędził trzydzieści lat swojego życia, padła odpowiedź: „Ciepło. Igor uwielbiał ciepło i południowy klimat. Serdecznie dość miał polskich zim, jesieni, mroku, szybko zapadających nocy. On kochał światło, słońce, ciepło”. Myślę, że w tej odpowiedzi zawiera się wszystko, również stosunek Igora do życia w ogóle.

M.L.S. Czy dziś Pietrasanta wzbudziła w Pani także tak duże uczucia i emocje?

A.S. Tak, ponieważ, wydaje mi się, że niewiele się tam zmieniło. Swoje podróże w poszukiwaniu informacji o Igorze, zaczęłam może trochę nietypowo, bo „od końca”. Przede wszystkim bardzo chciałam odwiedzić jego grób, ale poza tym pragnęłam sprawdzić, co takiego urzekło go w Pietrasanta, że postanowił tam zamieszkać i zostać na zawsze. Wyjechałam, kierowana słowami Igora i mając w pamięci wszystko, co mówił o Pietrasanta. Wszystko okazało się prawdą i o ile w ogóle można pokusić się o takie stwierdzenie, poczułam wszystko dokładnie to, o czym pisał i mówił Igor. Podobnie jak on bywałam wcześniej we Włoszech, podobnie jak Mitoraj jestem wielką miłośniczką kultury włoskiej, ale chyba dopiero w Pietrasanta poczułam się „jak w prawdziwych Włoszech”. Z jednej strony zabytki, oddech wielowiekowej tradycji wciąż „na plecach” z drugiej urok i rytm życia spokojnego, włoskiego, toskańskiego, prowincjonalnego miasteczka, w którym tempo życia wyznacza poranna kawa i nieśpieszne przechadzki. Warto pamiętać, co podkreślał również Igor, o bliskości morza Tyrreńskiego, nad które z Pietrasanta jest „rzut beretem”. Wszystkie te elementy tworzą w Pietrasanta niepowtarzalną mieszankę.

M.L.S. Porównuje się Mitoraja z Michałem Aniołem, który notabene również mieszkał w tym miasteczku. Pani to podobieństwo także zaznacza. Jednak wcześniej, jeszcze w Paryżu, Igor miał swój czas z Rodinem. Fascynacja rzeźbiarzem mimo wszystko nie pozostała z nim na długo. Dlaczego? Co odrzuciło go od francuskiego artysty?

A.S. Nie wiemy na ten temat zbyt wiele, opierać możemy się w zasadzie jedynie na słowach Igora, które znajdziemy w przeprowadzonym z nim wywiadzie rzece Blask kamienia mówił o nim tak: Kiedyś bardzo go lubiłem, już go nie lubię. […] Rodin nie robi już na mnie wrażenia. Rodin to nie Picasso, który umiał zaznajomić się ze wszystkimi kulturami i ze wszystkimi stylami oraz wykorzystać je, tworząc oryginalne dzieła. […] Wolę Modiglianiego od Rodina […]. Mówił tez o tym, że Rodin wydał mu się po pewnym czasie dość konwencjonalny.

M.L.S. Pamiętam moje odkrycie Igora Mitoraja w latach 90-tych we Włoszech i pamiętam zupełny brak wiadomości na jego temat w Polsce. Nawet powiedziałabym pewną ignorancję oraz nieprzychylność środowiska artystycznego i akademickiego względem niego. Dlaczego tak się działo? Skąd wynikało takie zachowanie? Nie powinniśmy być dumni z Polaka, który tyle osiągnął na międzynarodowym rynku sztuki?

A.S. Oczywiście, że powinniśmy i mam nadzieję, że pomału to się zmienia na plus. A dlaczego wcześniej było inaczej? Książka Igor Mitoraj. Polak o włoskim sercu jest w zasadzie próbą odpowiedzenia na to pytanie, przy czym tych odpowiedzi jest kilka. Wymienić wystarczy chociażby zazdrość czy wręcz zawiść środowiska o międzynarodowe sukcesy i sławę, oraz, tak mi się wydaje, o sukces materialny i finansowy, który towarzyszył sukcesowi artystycznemu na zachodzie. Myślę też, że być może sztuka Igora nie spotykała się w Polsce ze zrozumieniem, ze względu na fakt, że sztuka antyku, do której się odwoływał, nie jest w Polsce tak żywa, jak na południu Europy. Nie bez znaczenia była nagość w sztuce, z którą być może nie byliśmy w latach 90-tych jeszcze dość dobrze obeznani. Środowisko akademickie z kolei, moim zdaniem niesłusznie, zarzucało Mitorajowi kicz i autopowielanie siebie samego, podczas gdy raczej powinniśmy mówić o tym, że Igor stworzył w sztuce swój własny, unikalny język, którym się komunikował z odbiorcą. Wszystko razem spowodowało, że o Igorze w Polsce się nie mówiło, a jeśli już, to prześmiewczo i ironicznie, podczas gdy na tzw. zachodzie był podziwiany i doceniany zarówno przez „zwykłych” odbiorów, jak i akademików i krytyków. 

M.L.S. Minęło prawie 10 lat od śmierci artysty. Czy dziś Polacy zmienili swoje podejście do niego? Czy władze odpowiedzialne za kulturę polską próbują zrehabilitować swoje wcześniejsze podejście do twórcy? Ostatnio odbyła się konferencja „Mitoraj i jego relacje kulturowe” zorganizowana w Pietrasanta przez Fundację Muzeum Igora Mitoraja, pod patronatem Ambasady RP w Rzymie, regionu Toskanii oraz włoskiego Ministerstwa Kultury z okazji 80. rocznicy urodzin i 10. rocznicy śmierci polskiego rzeźbiarza. Czy to już ta droga odkupienia win?

A.S. Coś się zmienia, jednak myślę, że wciąż nie dość dużo i bardzo powoli. Wspominana przez Panią konferencja odbyła się we Włoszech, wśród prelegentów była co prawda spora reprezentacja z Polski, jednak ja widziałabym taką konferencję nie tylko we Włoszech, ale, może nawet przede wszystkim, w Polsce, na przykład na krakowskiej ASP, której przecież Igor był studentem. Trwa rok Igora Mitoraja, ogłoszony przez krakowską Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie z okazji mających miejsce w tym roku ważnych rocznic: 80-lecia urodzin i 10-lecia śmierci artysty, co jest wspaniałą i godną pochwały inicjatywą, w ramach obchodów odbyły się spotkania m.in. w Muzeum Pamięci Mieszkańców Ziemi Oświęcimskiej czy w innych, lokalnych ośrodkach kultury, ale to jest wciąż za mało. Brak inicjatywy ze strony dużych instytucji kultury, brak jest oficjalnych obchodów, organizowanych przez podmioty państwowe, publiczne. Szkoda, bo układ dat w tym roku wyjątkowo sprzyjałby oficjalnym upamiętnieniom artysty. „Światełkiem w tunelu” jest „oddolne” zainteresowanie artystą, które obserwuję od momentu, gdy książka Igor Mitoraj. Polak o włoskim sercu ukazała się na rynku. Dzięki niej odkryłam, że twórczość artysty jest wciąż żywa: książka cieszy się dużą popularnością, otrzymuję wiele wiadomości z podziękowaniami, że w końcu ktoś „podjął temat”. Brakowało takiej pozycji na rynku i zainteresowanie nią pokazuje, że Igor Mitoraj ma ogromną rzeszę polskich odbiorców, którzy doceniają i kochają jego sztukę.

M.L.S. Niewiele osób wiedziało, że zmagał się ze straszną i nieuleczalną chorobą prawie przez 20 lat. Ukrywał to przed światem…

A.S. Nazwałabym Igor Mitoraja człowiekiem paradoksu. Z jednej strony uwielbiał otaczać się przyjaciółmi, lubił długie biesiadowanie, podobała mu się kameralna Pietrasanta, z drugiej jednak strony był dość skryty i niechętnie mówił o sobie, czy o swoich problemach, dlatego naprawdę niewiele osób wiedziało, z czym się zmaga. A zmagał się z nowotworem krwi, czyli szpiczakiem. Dopiero pod koniec życia widać było pewne symptomy, które dostrzegały już nawet osoby spoza bliskiego kręgu przyjaciół. Był już bardzo słaby, szybko się męczył, nieustannie odczuwał uczucie zimna. Ostatnie tygodnie, w których Igor odchodził, były trudne, niepozbawione bólu, jednak towarzyszyła mu najbliższa mu osoba. Odszedł otoczony miłością, w miejscu, które kochał, we Francji, gdzie miał drugi dom.

M.L.S. Igor Mitoraj – artysta tragiczny?

A.S. Dobre pytanie. Pierwsza odpowiedź, która mi się nasuwa, to „tak”, jednak im dłużej o tym myślę, tym bardziej wydaje mi się, że przypinanie mu takiej „łatki” nie będzie do końca uzasadnione. Faktem jest, że życie w pewnych wymiarach go nie oszczędzało: dzieciństwo, naznaczone II wojną światową, trudne początki w Paryżu, wypełnione ciężką, fizyczną pracą, emigracja, śmierć matki, wreszcie odtrącenie we własnej ojczyźnie oraz długa wyczerpująca choroba niewątpliwie były trudnymi doświadczeniami. Z drugiej jednak strony jeszcze za życia zdążył zakosztować owoców swojej ciężkiej pracy, cieszyć się sukcesem, również materialnym, spełniać swoje marzenia. Żył, tak jak chciał, realizował się twórczo i życiowo. Myślę, że był artystą spełnionym, chociaż z wciąż dużymi planami, których nie dane mu było zrealizować.

M.L.S. Mamy nadzieję, że pamięć o IGORZE MITORAJU będzie w Polsce wzrastać. Niewątpliwie przyczynia się już do tego Pani książka, którą serdecznie polecamy (jest również bardzo ładnie wydana, dlatego estetycznie czyta się ją z przyjemnością).

Pani Agnieszko bardzo dziękuję za rozmowę.

p.s.

Książka ukazała się nakładem WYDAWNICTWA REBIS, któremu serdecznie dziękujemy za egzemplarze recenzenckie.


error: Content is protected !!