IDA JEŻÓŁKOWSKA O ŚWIECIE KULINARNEJ FRANCJI

Francuska sztuka kulinarna jest niczym dzieło sztuki. Tutaj każdy element ma swoje znaczenie: kolor, wielkość, zapach, smak… Piękne danie to doprowadzone do doskonałości mistrzostwo. Od dłuższego już czasu z wielką uwagą śledzimy stronę Idy Jeżółkowskiej my white cuisine, na której autorka dzieli się swoją miłością do kuchni francuskiej. Jej portal to estetyczna przyjemność oglądania. Jej potrawy (niejednokrotnie przez nas także już przyrządzane w domu) są niezwykle aromatyczne, smakowite, a przy tym bardzo gustowne.

Postanowiliśmy zaprosić Idę do rozmowy o Francji, kulinariach, sztuce. Taka podróż w okresie wakacji przez różnego rodzaju smaki i smaczki będzie zapewne dla Was przyjemnością i oderwaniem się od codzienności.

Zapraszamy do lektury wywiadu – koniecznie z aromatyczną kawą i croissantem.


Magdalena Leszner-Skrzecz: Pani Ido, prowadzi Pani przepiękny blog my white cuisine. Zaprasza w nim Pani do swojej kuchni i przekazuje nam swoją miłość do kulinariów. Jak zaczęła się Pani przygoda nie tylko z gotowaniem, ale i własną stroną oraz social mediami?

Ida Jeżółkowska: Przede wszystkim dziękuję za zwrócenie uwagi na mój blog wśród tak wielu profili kulinarnych w przestrzeni internetowej, a także za zaproszenie do rozmowy. Przyznaję, że czuję się wyróżniona tym, że zabieram głos wśród tak ciekawych rozmówców, z którymi Pani prowadzi wywiady.

Moja przygoda z gotowaniem zaczęła się całkiem zwyczajnie, wiele lat temu, kiedy wyprowadziłam się z domu rodzinnego i rozpoczęłam samodzielnie życie. Gotowanie stało się wtedy koniecznością, a ja często dzwoniłam do mamy i babci z pytaniami, jak przygotować różne potrawy. Potem założyłam swoją rodzinę i regularne gotowanie było naturalnym elementem życia.

Muszę też dodać, że w moim domu rodzinnym zawsze dużo się gotowało i piekło; zresztą nadal tak się dzieje. Spotykaliśmy się często wspólnie przy stole i celebrowaliśmy właściwie wszystkie nadarzające się ku temu okazje. To były trochę inne czasy. Wizyty gości bez zapowiedzi w ciągu tygodnia, nie wspominając o weekendzie, były bardzo częste. Nigdy nie widziałam, aby znajomi czy rodzina siedzieli wtedy przy pustym stole. Zdecydowanie życie w domu toczyło się wokół stołu, a ja nasiąkałam tą atmosferą od najmłodszych lat. Byłam również zapraszana do pomocy – lepienia pierogów, zrywania malin na konfitury, pomocy w ucieraniu ciasta czy nakrywania do stołu…

Często jeździłam z rodzicami na działkę poza Warszawę i do prababci, która mieszkała na wsi, gdzie korzystaliśmy z własnych owoców i warzyw. Tak więc, sezonowe gotowanie na pewno wyniosłam z domu. Ponadto jako mała dziewczynka spędzałam sporo czasu na stoisku… warzywno-owocowym w Hali Mirowskiej, gdzie pracowała moja ukochana babcia. Mam bardzo dużo wspomnień związanych z tym kultowym warszawskim miejscem i jestem przekonana, że z kolei moja miłość do warzyw miała tu swoje początki.

Początki bloga i profilu miały miejsce podczas pandemii. Byłam już wtedy absolwentką paru kursów kulinarnych, jednak ciągle brakowało czasu i śmiałości, by dzielić się przepisami w sieci. Czas pojawił się w związku z lockdownem, a odwagi dodał mi mąż. W tajemnicy przede mną fotografował moje potrawy i zbierał je w katalogu sztuka kulinarna Idy. W pewnym momencie uznał, że jest tego za dużo i trzeba się tym z kimś podzielić, bo szkoda by trafiało „do szuflady”. Tak narodziło się my white cusine.

M.L.S. Króluje u Pani kuchnia francuska. Czytając stronę i przeglądając ją, mamy ochotę powiedzieć, że naprawdę je się oczami. Estetyka graficzna jest tu na równi z praktyczną stroną gotowania…

I.J. Kuchnia francuska fascynuje mnie od dawna. Z wielu powodów.

Zacznijmy od wspomnianej estetyki, która jest widoczna na moim profilu. Estetyka podania potraw jest jednym z elementów francuskiej sztuki kulinarnej. Zwraca się uwagę nie tylko na smak, jakość produktów użytych do przyrządzenia danej potrawy, ale także na jego prezentację. Niewielkie porcje podane są elegancko, na pięknej zastawie. Wygląd dania ma więc znaczenie, ma pobudzić apetyt i zachęcić do rozmowy. Ma być przyjemnością, a nie tylko konsumpcją. Francuzi zaczynają jeść oczami. To właśnie haute cusine zaczęła kłaść nacisk na prezentację dań. Talerz traktowany był jak dzieło sztuki; na talerzu zaczęto zwracać uwagę na kolory, struktury, kompozycję.

W mojej kuchni nie ma skomplikowanych dań i przepisów. Ale nawet proste dania, staram się, by były podane i zaprezentowane estetycznie. Estetyka wpływa na emocje, nastrój i apetyt. Mam wielu obserwatorów, którzy nie gotują, ale podoba im się właśnie ta estetyczna strona profilu. Zachęcam nieustająco do spotkań przy stole z piękna porcelaną każdego dnia, do tak zwanej kultury kulinarnej i małych przyjemności. I tu też widzę wpływ domu rodzinnego, gdzie stół był i jest zawsze starannie nakryty.

Kuchnia francuska, rodząca u nas pewne obawy, że za trudna, że za droga, jest uznawana za jedną z najważniejszych kuchni na świecie. Jest niezwykle ciekawa i różnorodna, wyznacza kierunki gotowania. Każdy region ma swoje smaki, specjalności i produkty.  Podoba mi się to, że Francuzi są z niej dumni, potrafią o tym mówić, podkreślają lokalne pochodzenie produktów. Przywiązują wagę do jakości produktów nadając certyfikaty, dbają i promują tradycję kulinarną powołując stowarzyszenia, bractwa i organizacje. Organizują lokalnie święta produktów. Francuski posiłek został wpisany na listę niematerialnego dziedzictwa ludzkości UNESCO jako wyjątkowy element kultury. Jest elementem tożsamości narodowej, rytuałem społecznym i kulturowym. Posiada swoją strukturę. Ważna jest rozmowa, delektowanie się posiłkiem, wspólne spędzanie czasu, a także piękno stołu, czyli właśnie wspominana wyżej estetyka.

Marzy mi się objazd całej Francji szlakiem kulinariów. Jestem akurat na bieżąco z tematem – uczestniczę w kursie na Uniwersytecie Warszawskim, który prezentuje kuchnię francuską region po regionie, jej bogactwo i wyjątkowość.

M.L.S. Można więc uznać, że kuchnia to nie tylko serce domu, ale także sposób na odkrywanie świata.

I.J. To jest jeden z najpiękniejszych elementów podróżowania. Od pewnego czasu starannie wybieram miejsca do jedzenia podczas wyjazdów. Unikam jak ognia jedzenia w przypadkowych, turystycznych miejscach, a także gorąco zachęcam do tego, by próbować lokalnych smaków. Dzielę się na swoim profilu tym, czego w mojej opinii warto spróbować w danym regionie czy kraju. Wszak kuchnia pozwala lepiej zrozumieć daną kulturę. Przed każdą podróżą mam listę produktów i dań, których chciałabym spróbować w danym miejscu. Szukam polecanych miejscówek z tłumem lokalnych mieszkańców – to zawsze gwarantuje sukces. Podczas pobytu lubię odwiedzać sklepy spożywcze, robić tam zakupy zwracając szczególną uwagę na lokalne produkty i specjalności. Moje dzieci pamiętają bajgle z Nowego Jorku, konfitury z kasztanów i klementynek na Korsyce, czy paski ser z chorwackiej Korčuli.

W tym roku, czego nie mogę się już doczekać, wracamy po kilkunastu latach, do francuskiej Prowansji. To będzie kulinarna rozkosz, proste potrawy z lokalnych produktów, wokół gaje oliwne, zapach garrigue, posiłki na powietrzu niedaleko lawendowych pól… Mam już w głowie potrawy, sery i inne specjalności regionu, których spróbujemy. Marzy mi się wizyta na pachnącym prowansalskim targu pełnym świeżych produktów.

M.L.S. Czy Paryż odkryła Pani poprzez smak, zapach – kulinarnie?

I.J. Muszę troszkę rozczarować na wstępie. Pierwszy raz, kiedy pojechałam do Paryża koncentrowałam się głównie na zwiedzaniu muzeów. Nigdy nie zapomnę wrażenia, jakie wywarło na mnie Musée Rodin i tamtejsze ogrody – było to pierwsze miejsce, do którego trafiłam w Paryżu.  Przy takiej dawce pięknej architektury, sztuki i paryskiego klimatu jedzenie zeszło na drugi plan.

Dopiero podczas kolejnych wizyt w Paryżu, zaczęłam się delektować kuchnią i bardziej się jej przyglądać. Nie da się, moim zdaniem, poczuć klimatu tego kraju bez kosztowania jego kuchni. Pamiętam, że parę lat temu wybrałam się z rodzicami do Paryża. Mama – zapalona podróżniczka, która kocha zabytki, miała swoja listę miejsc, których jeszcze w Paryżu nie widziała. Wszystko szło zgodnie z planem, jednak ostatniego dnia zaczął padać deszcz. Jak to w Paryżu bywa, padało obficie i całkowicie uniemożliwiło nam zwiedzanie. Usiedliśmy wtedy w jakimś przyjemnym bistro, przodem do ulicy na zadaszonym tarasie, przy okrągłych marmurowych stoliczkach, obserwując paryżan i próbując paryskich smaków… Spędziliśmy tam sporo czasu. Mama na początku była niezadowolona, ale potem przyznała, że dzięki temu mogła na chwilę się zatrzymać, poczuć klimat miasta i jego smaki…

Jeśli chodzi o odkrywanie Paryża, mimo, że byłam w nim wiele razy, każdy kolejny to nowe odkrycia. Dobrze czuję się w drugiej dzielnicy – raju dla osób lubiących gotować i piec ze względu na sporą ilość sklepów z akcesoriami.  Lubię spacery po Saint-Germain-des-Près, Montmartre czy Marais. Nawet dzielnice powszechnie uznane za mniej ciekawe turystycznie jak np. ta, gdzie mieści się główny kampus szkoły Le Cordon Bleu, skrywają perełki, miejsca w których można dobrze zjeść i poczuć paryski klimat.

M.L.S. Jest Pani absolwentką warsztatów Le Cordon Bleu w Paryżu i ostatnio ICE w Nowym Jorku. Jak wyglądają takie zajęcia na dwóch kontynentach, czym się różnią i który z nich najchętniej by Pani powtórzyła?

I.J. Wróciłabym i do Paryża i do Nowego Jorku. Jeśli chodzi o przekazywaną tam wiedzę – to w obydwu szkołach była na wysokim poziomie i tu absolutnie nie mam zastrzeżeń. W obydwu szkołach zgłębiałam tajniki kuchni francuskiej.

Na stronę wizualną potraw/wypieków zdecydowanie bardziej zwraca się uwagę we Francji. Mam też wrażenie, że organizacja przemawia nieco na korzyść szkoły paryskiej; w NY zajęcia się znacznie przedłużyły; W CB podczas warsztatów nie odmierza się samemu składników – wszystko jest przygotowywane przez studentów, którzy asystują szefowi i pomagają uczestnikom. W NY trzeba to robić samemu. Są też ciekawostki, np. noże w NY uczestnicy dostają tylko na czas danej czynności i nie mają do nich stałego dostępu – pewnie ze względów bezpieczeństwa.  W NY pracowałam non stop w parze – co miało też swoje plusy, gdyż można było nawiązać interesujące znajomości, w CB dużo pracuje się samodzielnie. Językowo w CB francuski jest tłumaczony na angielski, w NY warsztaty odbywały się tylko angielski. Ceny warsztatów zależą od tematu i długości trwania. Cena pojedynczego warsztatu w Nowym Jorku była tańsza od jego paryskiego odpowiednika.

M.L.S. Posiłkuje się Pani książkami kulinarnymi? Które według Pani pozycje są godne polecenia dla czytelnika ceniącego piękno smaku i jego odpowiedniego podania?

I.J. Oczywiście mam swoje ulubione pozycje. Lubię te zwłaszcza pięknie wydane, w twardych okładkach z pięknymi zdjęciami i z dobrymi, nieskomplikowanymi przepisami. Podobają mi się książki kulinarne z opowieścią w tle. Wymienię tu Apetyt na Francję Mimi Thorisson. Ma wszystko, o czym mówiłam – prostą, francuską, sezonową kuchnię, przepiękne zdjęcia autorstwa męża autorki, opowieści rodzinne.  Każdy detal od porcelany, przez meble, tkaniny, stroje dzieci czy krajobrazy zachwyca. Oglądając tę książkę zdecydowanie jemy oczami.

M.L.S. Sama także Pani marzy o wydaniu książki. Czy są już jakieś pierwsze założenia, plany?

I.J. Pomysł mam w głowie od dawna. Dużo przepisów już jest na blogu, z nowymi tez nie będzie problemu – nie narzekam na brak kulinarnych pomysłów.  Pozostaje tylko i aż realizacja. Marzę o apetycznych zdjęciach, z kuchnią francuską i polską, pięknym wydaniu.  Chciałabym, by książka była estetyczna, atrakcyjna wizualnie, zachęcała do wypróbowania znajdujących się w niej przepisów, a także pomiędzy wierszami coś ciekawego opowiadała.

M.L.S. Magdalenki Marcela Prousta przenosiły go do wczesnych lat dziecinnych. Czy Pani również ma takie smaki?

I.J. Oczywiście. Dom rodzinny kojarzy mi się z zapachem ciasta.  Mam takie obrazki z dzieciństwa przed oczami, gdy o tym myślę – mama uciera ciasto w makutrze w naszej niedużej kuchni na warszawskim Mokotowie; potem zapach ciasta roznosi się po domu, a ja nie mogę doczekać się jego skosztowania; w międzyczasie wylizuję naczynia po cieście, na parapecie w dużym pokoju zastyga blok czekoladowy. Obok nas mieszkali ukochani dziadkowie – to w tamtejszej kuchni lepiłam pierogi z babcią. Najbardziej pamiętam te z jagodami zbieranymi w lesie przez dziadka do emaliowanej bańki, z kleksem wiejskiej śmietany.

M.L.S. Filmów o gotowaniu jest ostatnio coraz więcej. Ogląda je Pani, ma Pani jakieś swoje ulubione?

I.J. Oczywiście! Lubię szczególnie te, w którym gotują kobiety…  z pięknym zdjęciami działającymi na wszystkie zmysły, z ciepłą atmosferą i oczywiście francuską kuchnią. Julie and Julia, Podróż na sto stóp, Życie od kuchni z Catherine Zeta Jones, do którego wróciłam po wizycie w Nowym Jorku. Nie mogę też nie wspomnieć o Czekoladzie i Bulionie Namiętności z cudowną Juliette Binoche. To kilka moich ulubionych filmów.

M.L.S. Wiele dzieł sztuki dotyka tematu jedzenia i kuchni. Spoglądają na nas niekiedy stoły uginające się od różnorakich dań. Czy patrzy Pani w ten sposób na obrazy, np. na dzieła impresjonistów czy malarstwo holenderskie?  

I.J. Oczywiście. Szukam dzieł sztuki dotyczących jedzenia i kuchni jak tylko mam przyjemność zwiedzać muzea czy wystawy. Lubię obrazy, gdzie jedzenie jest elementem codzienności, wkomponowanym w daną scenę.

Mam swoich ulubieńców, szczególnie wśród impresjonistów, którymi się zachwycam. Obiad w pokoju Claude Moneta przedstawia zwykłą rodziną scenę wspólnego posiłku przy stole nakrytym białym obrusem i zastawionym jedzeniem. Kolejne dzieło tego autora Obiad w ogrodzie, ukazuje posiłek w ogrodzie; na pierwszym planie znajduje się stół, w oddali postaci, które prawdopodobnie wstały od stołu. Przepiękna zastawa, obrus, kwiaty, piękne stroje – czyli wszystko to, co lubię. Nie mogę nie wspomnieć tutaj o sielankowym Śniadaniu wioślarzy Augusta Renoir. Zachwyca mnie też przepiękna zwyczajność ukazana na obrazie Édouarda Manet Martwa natura z brioszką. Złocista brioszka z oderwaną, przekrzywioną główką i delikatną różą na niebieskim talerzu. Jak czerpać przyjemność ze zwykłych rzeczy?  – właśnie tak jak przedstawił to Manet.

M.L.S. Najlepszy przepis na delektowanie się życiem to

I.J. …jego smakowanie. Dosłownie i w przenośni. Ważne jest docenianie drobiazgów, wspólnych chwil. Często w pogoni za wielkimi rzeczami zapominamy, co jest tak naprawdę w życiu istotne. Stół pozwala się na chwilę zatrzymać, pobyć razem, zbudować wspomnienia, relacje, nasze małe, rodzinne tradycje. To jest zdecydowanie moje joie de vivre!

M.L.S. Bardzo dziękuję za rozmowę


Polecamy blog Idy https://www.mywhitecuisine.pl, gdzie odkryjecie wspaniałe przepisy oraz smaki Francji.

error: Content is protected !!