CLAUDEL W UJĘCIU AGNIESZKI STABRO

Magdalena Leszner-Skrzecz: Książka „Masz na imię Camille” zaskakuje czytelnika narracją. Stała się Pani jako autorka niejako towarzyszką Camille, jej przyjaciółką…
Agnieszka Stabro: Bardzo bym chciała, aby tak było, chociaż o to, czy to do końca prawda, trzeba by spytać samą Camille. Niemniej jednak wybrałam właśnie taką nietypową dla biografii i beletrystyki w ogóle, narrację w drugiej osobie liczby pojedynczej, zwracając się bezpośrednio do Camille, z kilku powodów.
Przede wszystkim chciałam się rzeczywiście do niej zbliżyć, jednocześnie wydobywając ją z mroku opowieści. Chciałam, by nie była tylko bohaterką książki, ale w pewnym sensie, poprzez listy, jej równoprawną narratorką. Pragnęłam również, czując z Camille jakiś rodzaj więzi, która narodziła się podczas zgłębiania jej biografii czy czytania listów, opowiedzieć jej samej jej życie, opowiedzieć o sytuacjach, o których nie wiedziała, będąc zamkniętą przez ponad trzydzieści lat w szpitalu dla obłąkanych.
Uważam też, że w pewnym stopniu klasyczna biografia, opowiadana z punktu widzenia wszechwiedzącego narratora, jednak już się trochę „zużyła” i wyczerpała. Prawda o życiu bohatera zawsze będzie „czyjąś” prawdą: autora opowieści, jej uczestników. Chciałam odwrócić, zmienić perspektywę opowieści i „przerzucić” ją właśnie na Camille.

Magdalena Leszner-Skrzecz: O Camille Claudel wiemy nadal za mało. Dotarła Pani do jej listów, widziała Pani jej dzieła. Czym jej życie Panią zaskoczyło?
Agnieszka Stabro: Można powiedzieć, że całe jej życie było dla mnie ogromnym zaskoczeniem, tym większym, im więcej dowiadywałam się o niej samej. Z pewnością jednym z takich zaskoczeń było wyjątkowe poczucie humoru Camille Claudel: bardzo ironiczne, zjadliwe, inteligentne, błyskotliwe. Niekiedy bywała wręcz, w zabawny co prawda sposób, ale jednak, niebywale złośliwa. To coś, co odkryć można właściwie jedynie dzięki lekturze jej korespondencji, wydanej w całości we Francji, niestety nieprzetłumaczonej jeszcze w całości w Polsce. Przetłumaczyłam ją dla siebie, na potrzeby książki Masz na imię Camille i właśnie ten inteligentny, błyskotliwy, ostry dowcip niejednokrotnie „wbijał mnie w fotel”.
Zaskoczeniem było dla mnie również, jak ascetyczne, pozbawione zarówno wygód, zbytku, splendoru, jak i zwykłych, kobiecych przyjemności, Camille wiodła życie. W całości podporządkowała je sztuce, pracowała bez ustanku, bez wytchnienia dzień i noc. Oczywiście, jak większość, znających życie i losy rzeźbiarki, zaskoczyło mnie, jak została potraktowana przez dzieło Auguste’a Rodina oraz przez członków rodziny. To, że więziono ją, wbrew jej woli, a nieraz i wbrew wskazaniom lekarzy, w szpitalach psychiatrycznych. Przypięcie Camille łatki „obłąkanej” (nie można rzec jasna zaprzeczyć, że przeżywała załamania nerwowe, jednak z pewnością nie kwalifikowały jej one do przebywania trzydzieści lat wśród osób z m.in. medycznie stwierdzonym upośledzeniem umysłowym) było po prostu w tamtych czasach „łatwym” sposobem na pozbycie się niewygodnych członków rodziny czy niepodążających za konwencjami kobiet z pola widzenia i z publicznego życia. Jeśli zdamy sobie sprawę, że Camille zamknięto z takiego powodu w azylu zaledwie niewiele ponad sto lat temu, i nie miała żadnej, najmniejszej szansy go opuścić, uczucia zdziwienia, ale i przerażenia, są obezwładniające.
Magdalena Leszner-Skrzecz: Jej prace przesiąknięte są uczuciami, niezwykłymi emocjami. Tak je odbierano już wówczas…
Agnieszka Stabro: I tak się je odbiera nadal. To zresztą moje kolejne zdziwienie, związane z życiem i twórczością Camille Claudel. Sposób, w jaki potrafiła łączyć doskonały warsztat, umiejętności czysto rzemieślnicze, dbałość o każdy detal, dokładnie wykończenie każdego, najmniejszego szczegółu, z nacechowaniem swoich rzeźb emocjami, którymi aż biją. Nie bez znaczenia jest fakt, że spora ich część odwołuje się bezpośrednio do osobistych przeżyć artystki, związanych ze znajomością z Auguste’em Rodinem i z trudnym, burzliwym uczuciem, które ich łączyło, albo przynajmniej takie znaczenie się im przypisuje, ale nie tylko one nacechowane są uczuciami. Wystarczy przywołać rzeźbę Plotkujące, przedstawiającą kobiety, pogrążone w dyskusji, czy Falę albo przerażającą w swojej prawdzie Clotho. Rzeźby Camille dlatego są genialne, bo oddziaływają na nasze emocje, trafiają do naszych serc i dusz, jednocześnie będąc warsztatowo majstersztykami.
Magdalena Leszner-Skrzecz: Poznała Augusta Rodina – czy było to jej przekleństwo?
Agnieszka Stabro: Jedno z wielkich pytań, na które nie ma, i chyba nigdy nie będzie, jednej, jednoznacznej odpowiedzi. Czy poznanie Augusta było przekleństwem, czy może błogosławieństwem? Z pewnością prześledzenie relacji artystów poprzez listy, które do siebie pisali, pozwala spojrzeć na ich znajomość nieco szerzej, w pełnym kontekście, co nie znaczy, że po ich lekturze nie mnożą się wątpliwości, przeciwnie. Pytania można zadawać bez końca. Czy Auguste naprawdę kochał Camille, będąc z nią i jednocześnie nie chcąc odejść od wieloletniej partnerki? Czy w tamtych czasach jednak takie układy nie były swojego rodzaju normą? Czy to Auguste, swoim niezdecydowaniem, ciągłym odtrącaniem i przyciąganiem Camille, doprowadził ja do załamania nerwowego? Czy nie powinien był być mądrzejszy, wiążąc się z dwadzieścia cztery lata młodszą dziewczyną? Czy przypadkiem w tym wszystkim nie chodziło o zazdrość; w tym układzie to uczeń, a raczej uczennica, przerosła mistrza, z czego Auguste doskonale zdawał sobie sprawę?
Z drugiej strony, przy całej niechęci, którą można czuć do Rodina, nie można odmówić mu zasług. Wprowadzał Camille w środowisko, pomagał zawiązywać kontakty i ważne znajomości, załatwiał zamówienia, doprowadził do organizacji wielkiej, retrospektywnej wystawy jej rzeźb jeszcze za jej życia. Są też dowody na to, że był jedną z niewielu osób, która głośno i stanowczo domagała się wypuszczenia Camille ze szpitala, jednak, zgodnie z ówczesnym prawem, jedynie matka artystki mogła doprowadzić do jej uwolnienia. Nie zrobiła tego, przeciwnie, nalegał na pozostawienie córki w zamknięciu, nawet przy wyraźnym sprzeciwie lekarzy. Myślę, że przed napisaniem książki Masz na imię Camille, na pytanie o rolę Augusta w życiu Camille odpowiedziałabym jednoznacznie negatywnie, teraz pełna jestem wątpliwości. Nie zapomnijmy też, że dzięki Auguste’owi Camille poznała smak wielkiej miłości i pod jej wpływem stworzyła część przepięknych rzeźb. Był człowiekiem, którego darzyła gorącym uczuciem, więc jeśli miłość można nazwać przekleństwem to…


Magdalena Leszner-Skrzecz: Jednak to właśnie Rodin okazał się tym, który doceniał jej prace. To on zażądał wręcz od władz francuskich, by po jego śmierci w Hôtel Biron były dzieła Claudel. Camille sądziła przez cały czas, że to z jego powodu znalazła się w szpitalu, że to on chce ją zniszczyć…
Agnieszka Stabro: Można powiedzieć, że Camille oskarżała o swoje uwięzienie niewłaściwe osoby, w tym przede wszystkim właśnie Augusta Rodina, podczas gdy to on starał się ją wydobyć z tego „piekła na ziemi”. Znając kontekst i to, co się działo poza murami szpitala, o czym przecież Camille nie mogła wiedzieć, szczególnie trudno czyta się te oskarżenia, kierowana pod jego adresem. Camille pisała wręcz o „bandzie Rodina”, która ograbiała jej pracownię i o spisku, który uknuł Auguste po to, aby ukraść jej dzieła. Myliła się, i to bardzo, jednak nie miał kto ją skierować na właściwe tory, a Paul Claudel, brat, wręcz podsycał urojenia i manię Camille na punkcie dzieło Auguste’a. Tymczasem, jak już mówiłyśmy, Rodin wiedział, z jak wielkim talentem ma do czynienia i po to, aby chronić dla potomnych, zażądał osobnej sali na prace Camille w Hôtel Biron.
Magdalena Leszner-Skrzecz: Czy w szpitalu tworzyła? To miejsce przecież ją zabiło, ale mimo to była to śmierć niesłychanie długa, bo aż 30 lat spędziła w zamknięciu…
Agnieszka Stabro: Nie, nie tworzyła, mimo, że była do tego namawiana i do tego zachęcana, jednak kategorycznie odmawiała jakiejkolwiek działalności artystycznej. Znaleźć można jedynie przekazy o tym, że jej ręce wciąż wykonywały w powietrzu ruchy, charakterystyczne dla pracy nad rzeźbą. Nie wiem, czy tak do końca zabiło ją miejsce, a może nie tylko miejsce, ale również czasy, w których przyszło jej żyć. Camille Claudel umarła śmiercią głodową i trzeba to wyraźnie podkreślić, podobnie jak fakt, że matka Camille była uprzedzana przez lekarzy o tym, że nie są w stanie wyżywić wszystkich swoich pacjentów i że stan Camille nie jest na tyle poważny, aby musiała przebywać w szpitalu i być skazaną na powolną śmierć. Sugestie lekarzy pozostawały bez odpowiedzi, a racje żywnościowe, z powodu II wojny światowej, były wciąż zmniejszane.
Camille zmarła w samym jej środku, 19 października 1943 roku, właśnie z powodu głodu. Oczywiście, ta śmierć głodowa była ostatnim akordem długiego, powolnego umierania w izolacji, wśród ludzi, których umysły przynależały do innego świata.
Magdalena Leszner-Skrzecz: O Camille powstały dwa filmy. Jeden z 1988 z Isabelle Adjani oraz drugi z roku 2013 z Juliette Binoche. Który jest bliższy Pani wyobrażeniom o Claudel?
Agnieszka Stabro: Bliższy jest mi film z Juliette Binoche chociażby z powodu mniejszego dystansu czasowego, zastosowanych technik filmowych i aktorskich czy ogólnej atmosfery w filmie. Trzeba jednak pamiętać, że trudno te filmy porównywać nie tylko dlatego, że powstały w zupełnie innych czasach, ale przede wszystkim dlatego, że mówią o zupełnie innych okresach życia artystki, tam, gdzie kończy się film z 1988 roku, czyli w momencie wkroczenia sanitariuszy do pracowni Camille, film z 2013 roku się zaczyna, nijako podejmując urwany wątek.
Film z Isabelle Adjani nazwałabym wręcz niemal kostiumowym, w którym równorzędnym bohaterem akcji jest Auguste Rodin. Film z 2013 to kameralne, ciche, aktorskie kino w zasadzie dwóch aktorów, w którym grają Julietee Binoche i Jean-Luc Vincent, wcielającego się w rolę Paula Claudela. Czuć w nim „żywą” prawdę; nie był kręcony w studio filmowym i sztucznej scenografii, ale w plenerach oraz w prawdziwym „azylu dla obłąkanych”, w starym klasztorze, prowadzonym przez zakonnice. Nie ma aktorów, grających osoby ciężko upośledzone fizycznie i umysłowo, do filmu zatrudniono „naturszczyków”. Wrażenie, które wywołuje film Camille Claudel 1915 jest dużo silniejsze i głębsze, niż emocje po filmie z 1988 roku, jednak i ten film warto obejrzeć. Dopiero te dwa obrazy bowiem tworzą pełen, komplementarny obraz życia Camille. Jakby z samych wyżyn nieba została strącona w najgorsze czeluści piekła.
Magdalena Leszner-Skrzecz: Pani Agnieszko bardzo dziękuję za rozmowę, a moich czytelników zapraszam do zapoznania się z książką



