Wywiady do kawy

DLACZEGO NIE BYŁO WIELKICH ARTYSTEK? REFLEKSJA NAD KSIĄŻKĄ I JEJ PROBLEMATYCE W ROZMOWIE Z ANNĄ ŚWITAJSKĄ – REDAKTOR NACZELNĄ WYDAWNICTWA SMAK SŁOWA

Magdalena Leszner-Skrzecz: Rozmawiamy z okazji premiery książki bardzo ważnej dla historii sztuki oraz dla nauk humanistycznych i artystycznych. Właśnie ukazał się w języku polskim przełomowy esej Lindy Nochlin pod tytułem Dlaczego nie było wielkich artystek?. SMAK SŁOWA stał się więc pierwszym wydawnictwem w naszym kraju, które sięgnęło po tę znaczącą książkę. Jak do tego doszło? I jak wyglądała Państwa praca nad tą publikacją?

Anna Świtajska: Do odkrycia przeze mnie książki Lindy Nochlin doszło całkiem przypadkowo. Od kilku lat staram się, odwiedzając galerie sztuki, zwracać szczególną uwagę na twórczość artystek, szukać ich obrazów w muzeach, chodzić na poświęcone im wystawy, dowiadywać się o nich jak najwięcej. Przy okazji jednej z wystaw w Musée d’Orsay, kiedy przeszukiwaliśmy muzealny sklepik, moja przyjaciółka – Magda Kicińska przyniosła mi książkę Lindy Nochlin i powiedziała: „Zobacz, to może być coś dla Ciebie”. I rzeczywiście trafiła. Oprócz tej pozycji kupiłam tam jeszcze kilka innych znakomitych książek poświęconych kobiecym artystkom. Prace te są już teraz dość często publikowane, ale esej Lindy Nochlin to jednak klasyka, od której wszystko się zaczęło, dlatego pomyślałam, że wydanie tej książki po polsku jest niezwykle ważne. I rzeczywiście, już na etapie początkowych prac nad książką zauważyłam, jak pozytywnie reagują na nią kobiety. Zależało mi, żeby w przygotowanie tej publikacji zaangażowane były głównie kobiety. I to się udało. Począwszy od okładki autorstwa Miry Larysz, która zadbała, aby znalazły się na niej czcionka zaprojektowana przez kobiety i fragmenty obrazów malarek, poprzez tłumaczenie Agnieszki Nowak-Młynikowskiej i redakcję Małgorzaty Jaworskiej, a skończywszy na promocji, którą prowadziła Katarzyna Grabowska i jej zespół – wszystkie kobiety były tą książką przejęte, rozumiały jej znaczenie i wkładały ogromny wysiłek w to, aby zrobić przy niej wszystko jak najlepiej. Ostateczny rezultat ich starań trafił pod koniec grudnia do czytelniczek i czytelników i spotkał się z naprawdę dobrym przyjęciem.

M.L.S. Pierwsza publikacja autorki ukazała się w Stanach Zjednoczonych w roku 1971 i od samego początku wywoływała mnóstwo emocji, refleksji, opinii. Obudziła ducha kobiecej strony historii sztuki. Nie był to ani pierwszy, ani ostatni tekst, ani też jedyne działanie Lindy Nochlin, które miało ukazać istotny wpływ kobiet w tym dotychczas hermetycznym świecie męskiej dominacji. Czy może Pani opowiedzieć coś więcej o samej autorce?

A.Ś. Linda Nochlin swoim pierwszym esejem Dlaczego nie było wielkich artystek? położyła podwaliny pod feministyczną historię sztuki, ale przez całe życie pracowała na to, aby artystki znowu stały się widoczne, aby ich twórczość była wystawiana, publikowana, aby ich nazwiska pojawiły się w muzeach i na aukcjach sztuki. Przez wiele lat wykładała sztukę nowoczesną w Instytucie Sztuk Pięknych Uniwersytetu Nowojorskiego. Wraz ze swoimi studentkami odkrywała sztukę kobiet i przywracała historii sztuki ich nazwiska. W swoich esejach pokazała wyraźnie, z jakimi społecznymi utrudnieniami mierzyły się i wciąż mierzą kobiety uprawiające sztukę. Wydała kilka ważnych książek o kobietach w sztuce, między innymi Women, Art and Power, Representing Women i Women Artists. Była kuratorką wystaw prezentujących twórczość kobiet, między innymi „Kobiety w sztuce w latach 1550–1950” (wraz z Ann Shutherland Harris) w 1976 roku.

Sztuka tworzona przez kobiety nie była uznawana za godną uwagi. Historia sztuki pisana przez kobiety nie zyskiwała odpowiedniego uznania. Niezwykle trudno było przebić ten mur. Z czego on się składał? Z jakich elementów światopoglądowych, politycznych i społecznych był zbudowany?

Linda Nochlin podkreśla, że sztuka, podobnie jak wszystkie inne dziedziny ludzkiej działalności, osadzona jest w świecie społecznym. Żeby być dobrą malarką lub malarzem, trzeba przyswoić język formy artystycznej obowiązujący w danej epoce, trzeba mieć warsztat i oczywiście talent. W wyścigu o bycie wielkim malarzem, naukowcem czy politykiem kobiety od zarania dziejów startowały ze zdecydowanie gorszej pozycji. Były związane konwenansami i stereotypami przypisanymi ich płci. Dlatego jako malarki miały niewątpliwie gorszy punkt wyjścia, bo nie dopuszczano ich do edukacji, która dla mężczyzn była dostępna bez ograniczeń. Kiedy natomiast mogły już brać lekcje malarstwa, musiały za nie słono płacić, bo dostęp do instytucjonalnej edukacji uzyskały dopiero w XIX wieku. Dlatego tak wiele malarek z okresu renesansu i baroku to były córki malarzy. Należą do nich między innymi Artemizja Gentileschi, Elisabetta Sirani, Lavinia Fontana czy Marietta Robusti. Ale nawet takie uprzywilejowane kobiety były ograniczane przez obowiązujące konwenanse, nie mogły malować nagich modeli ani korzystać z pomocy uczniów, bo nie mogły zakładać swoich szkół (choć są wyjątki, np. Elisabetta Sirani miała w Bolonii własny warsztat, w którym kształciła artystki). Niechętnie przyjmowano je do gildii i akademii, a takie członkostwo podnosiło status artysty i ceny jego dzieł. Kolejną przeszkodą na drodze kariery była dla kobiety konieczność wyjścia za mąż. Bez wsparcia ze strony rodziny samotne kobiety nie mogły rozwijać się artystycznie. Wiele malarek poślubiało artystów, a wtedy, nawet jeśli rezygnowały one z własnej kariery, mogły wspierać malarsko rozwój kariery swojego męża, jak w przypadku Judith Leyster. Były jednak malarki, które otrzymywały wsparcie od swoich mężów. Ich mężowie poświęcili swoje ambicje malarskie, aby małżonki mogły się rozwijać, jak w przypadku Lavinii Fontany, Berthe Morisot czy Mary Beale. Niektóre malarki, i tych było najwięcej, porzucały swą karierę po zamążpójściu i przyjmowały rolę żony i matki, bo takie były oczekiwania społeczne. Kolejną znaczącą przeszkodą w rozwijaniu karier artystek był fakt, że za obrazy wykonywane przez kobiety marszandzi płacili zdecydowanie mniej niż za sztukę mężczyzn. Stąd też bardzo często z obrazów sygnowanych przez kobiety usuwano ich podpisy i zastępowano je nazwiskami ich mistrzów i nauczycieli. Wiadomo dziś, że nieprawidłowe atrybucje miały obrazy Judith Leyster, które przypisywano Fransowi Halsowi, czy Lavinii Fontany – przypisywane Carracciemu. Również dzieła Sofonisby Anguissoli przypisywane były jej nauczycielowi Bernardino Campiemu, obrazy Artemizji zaś – jej ojcu lub innym malarzom epoki baroku. Do dzisiaj dysproporcja wynagrodzeń artystek i artystów jest rażąca i wynosi około 30 procent na korzyść mężczyzn.

M.L.S. Mamy przykłady kobiet, którym się jednak udało. Elisabeth Le Brun, Frida Kahlo, Olga Boznańska, Georgia O’Keeffe, Tamara Łempicka – to tylko pojedyncze nazwiska kobiet z różnych epok i krajów. Co wpłynęło na ich sukces? Czy tylko przypadek, ogromna wola walki, znajomości…? Może – spytajmy przewrotnie – one naprawdę tego pragnęły, a innym kobietom wystarczały: dom, mąż, dzieci, pozycja…?

A.Ś. Ostatnio odwiedziłam znakomitą wystawę poświęconą artystkom tworzącym w okresie od XV do XVIII wieku. Była ona świetnie zorganizowana, ponieważ uwzględniała otoczenie społeczne, w jakim rozwinął się talent malarki, głównie otoczenie rodzinne. Wprawdzie żadnej z wymienionych przez Panią malarek nie było na tej wystawie, ale znalazły się tam nazwiska trzydziestu artystek, którym w większym lub mniejszym stopniu udało się odnieść sukces. Artystki pogrupowano w kilka kategorii odnoszących się do ich środowisk twórczych, na przykład znalazły się tam kategorie „córki, ojcowie, bracia”, „świadomie bez męża”, „kariera przed małżeństwem”, „malowanie z rodziną”, „artystki na dworze” i inne. Te kategorie wskazują, jakie czynniki były znaczące podczas wykluwania się artystek, jakie czynniki miały wpływ na ich kariery. Było to głównie wsparcie otoczenia społecznego malarki, a więc rodziców, rodzeństwa, mężów. Jak już wspomniałam, ze względu na ograniczenia edukacyjne kobiety miały o wiele mniejsze możliwości kształcenia się w malarskim fachu niż mężczyźni. Ich szansą byli ojciec lub (rzadziej) matka, którzy malowali albo przynajmniej interesowali się sztuką. Trzy z wymienionych przez Panią artystek miały to szczęście – Elisabeth Le Brun, Frida Kahlo i Olga Boznańska. Jak pisze Linda Nochlin, kobiety w sztuce nie miały szansy osiągnąć takich wyżyn jak mężczyźni, ponieważ wychowywały się, i do dziś wychowują, w sytuacji opresyjnej, demobilizującej i zniechęcającej, muszą zatem pokonać więcej przeszkód, ponieść większe koszty, dążąc do rozwijania swojej kariery w dziedzinie sztuki. Kobiety od renesansu do czasów współczesnych musiały i nadal muszą walczyć ze stereotypami przypisywanymi ich płci, dotyczącymi tego, że prawdziwe spełnienie daje kobiecie tylko macierzyństwo i rodzina. I rzeczywiście, żeby nie dać się zniechęcić, artystki musiały mieć w sobie siłę, która pomagała im wytrwać w postanowieniu, że nie przestaną tworzyć, bo ich praca ma większy sens niż spełnianie oczekiwań społecznych związanych z płcią. Niewątpliwie taką hardością ducha i niezłomnością charakteryzowała się Tamara Łempicka, która za wszelką cenę dążyła do sukcesu i go osiągnęła, ale często była bardzo źle oceniana jako człowiek, co z pewnością nie miałoby miejsca, gdyby była mężczyzną.

M.L.S. Autorka kieruje naszą uwagę na różnicę w pojmowaniu znaczenia sztuki literackiej i malarskiej. Kładzie na dwóch szalach sukcesy kobiet w tych dziedzinach. Czy zgadza się Pani, jako wydawca i kobieta, że łatwiej kobietom odnieść sukces pisząc niż malując?

A.Ś. Rzeczywiście, ze statystyk Lindy Nochlin wynika, że artystek mamy zdecydowanie mniej niż pisarek w stosunku do ich męskich odpowiedników. Nochlin utrzymuje również, że nie ma w malarstwie tak wybitnych kobiet, jakie znaleźć można w literaturze, i wymienia przy tym między innymi Emily Brontë i Emily Dickinson. Myślę jednak, że kobiety w literaturze zmagają się z podobnymi problemami jak kobiety w sztuce. Być może, jak twierdzi Nochlin, warsztat pisarski łatwiej jest opanować niż warsztat malarski. Można samodzielnie nauczyć się pisać i czytać, stworzyć własny niepowtarzalny język, można tworzyć w domowym zaciszu, ale przecież literatura ożywa dopiero w kontakcie z czytelnikami. A żeby mogła do nich trafić, musi być wydana, zrecenzowana, poddana ocenie fachowców, którymi jednak do XIX wieku byli głównie mężczyźni. Zatem kobieca twórczość literacka, tak jak w wypadku malarek, trafiała znowu w ręce uprzywilejowanych pod każdym względem mężczyzn, którzy decydowali o tym, czy coś jest wartościowe, czy nie. Nie bez powodu kobiety często korzystały z męskich pseudonimów, żeby ich dokonania zostały docenione. W Wielkiej Brytanii powstała nawet seria książek „Reclaim Her Name” (Zwróć jej imię), w której publikowane są po raz pierwszy książki wybitnych pisarek, które swoje dzieła wydawały pod męskimi nazwiskami. Znajdziemy tam między innymi Mary Ann Evans (George Eliot), Ann Petry (Arnold Petri), Amantine Aurore Dupin (George Sand) i wiele innych. Siła patriarchatu dotyka wszystkie kobiety.

M.L.S. Od lat 60. i rewolucji seksualnej, moralnej, społecznej rozpoczęła się zmiana w postrzeganiu kobiety (także w świecie artystycznym). Publikując swój esej dekadę później, Linda Nochlin zapisała się na kartach tej historii. Czy inni historycy sztuki i krytycy odegrali równie znaczącą rolę?

A.Ś. Nie jestem historyczką sztuki, myślę jednak, że jest mnóstwo takich kobiet, które przyczyniły się i wciąż przyczyniają do zmiany tej skandalicznej sytuacji, jaka istnieje w sztuce do dziś. Fakt, że muzea prezentują zaledwie 1–4% sztuki kobiet, a cała reszta to sztuka mężczyzn (dotyczy to nie tylko Muzeum Narodowego w Warszawie, o czym pisała Sylwia Zientek, ale także National Gallery w Londynie, o czym można dowiedzieć się od Katy Hessel), że kobiety wciąż otrzymują niższe ceny za swoje obrazy na aukcjach, że dyrektorami wielkich muzeów w zdecydowanej większości są mężczyźni – to wszystko pokazuje, jak wiele jest jeszcze do zrobienia w kwestii kobiecej obecności w historii sztuki. Mimo to uważam, że feministyczne historyczki sztuki wykonują dużo dobrej pracy. Dla mnie najważniejsze są wystawy i książki. Jeśli chodzi o książki, to bardzo cenię publikacje autorstwa Whitney Chadwick, która popularyzuje kobiecą twórczość i analizuje sytuację artystek w społeczeństwie. W Polsce jakiś czas temu ukazała się jej książka Kobiety, sztuka i społeczeństwo, wydana przez wydawnictwo Rebis, a w tym roku Wydawnictwo Smak Słowa opublikuje jej książkę poświęconą surrealistkom – Women Artists and the Surrealist Movement, w przekładzie Anny Arno, z czego bardzo się cieszę. Ważna książka, o której wspomina we wstępie do esejów Lindy Nochlin historyczka sztuki Catherine Grant, to również Old Mistress: Women, Art and Ideology autorstwa Rozsiki Parker i Griseldy Pollock. W 2022 roku ukazała się również przystępniej napisana monografia Katy Hessel pod tytułem The Story of Art Without Man, która cieszy się ogromnym powodzeniem zarówno w Wielkiej Brytanii, jak i w USA, a z tego, co wiem, ma być opublikowana także w Polsce. Duży ruch jest również w muzeach. Pojawia się coraz więcej wystaw poświęconych artystkom. W zeszłym roku udało mi się zobaczyć osiem wystaw (w różnych europejskich miastach), które prezentowały albo pojedyncze malarki, albo pokazywały jakieś szersze ujęcie kobiecej twórczości. A z całą pewnością było ich dużo więcej. Linda Nochlin pozostanie jednak tą, która postawiła pierwsze kroki w feministycznej historii sztuki, tą, która zaczęła zmieniać świat sztuki i przypominać, że „feministyczna historia sztuki powstała po to, by sprawiać kłopoty, kwestionować, targać pióra w patriarchalnych gołębnikach”. Uwielbiam to zdanie.

M.L.S. W 2015 roku Nochlin pisała „Przed nami wciąż jeszcze daleka droga”. Czy obecnie, zwłaszcza na naszym, polskim gruncie, możemy mówić o wielkich artystkach? Czy kobiety osiągnęły na tym polu status równy mężczyznom?

A.Ś. Myślę, że przed nami w Polsce droga jest wyjątkowo długa. Do wyrównania statusu mężczyzn i kobiet w Polsce jest bardzo daleko zarówno w dziedzinie sztuki, jak i w każdej innej. Z badań psychologów wynika, że pozycja kobiet i mężczyzn w polityce zostanie wyrównana może za 100 lat. To i tak jest niezła perspektywa. Ale, rzecz jasna, wymaga nieustającej pracy. Podobnie w sztuce. Wciąż na aukcjach kobieca sztuka jest wyceniana niżej od męskiej, ciągle mamy więcej wystaw poświęconych artystom mężczyznom i to ich nazwiska znamy lepiej niż nazwiska wybitnych malarek. Powoli to się zmienia dzięki świetnym popularyzatorskim publikacjom Sylwii Zientek, która od kilku lat przypomina nam sylwetki polskich malarek i rzeźbiarek, czy dzięki Marii Poprzęckiej, wybitnej polskiej historyczce sztuki, która od lat pisze znakomite książki przybliżające dokonania światowych artystek. Oczywiście są w Polsce kobiety, które odnoszą sukcesy. Spektakularnym sukcesem może się pochwalić młoda polska malarka Ewa Juszkiewicz, która podbija Amerykę i której obrazy osiągają na aukcjach zawrotne ceny. To wspaniałe i z pewnością motywujące do rozwijania całej dziedziny. Mam nadzieję, że w sztuce ta ewolucja, bo na rewolucję już za późno, dokona się szybciej niż w polityce.

Dziękuję serdecznie za rozmowę.

Anna Świtajska – redaktor naczelna Wydawnictwa Smak Słowa, pomysłodawczynią cyklu spotkań „Wernisaż jednego obrazu”, który od grudnia 2022 prowadzi w Księgarni Smak Słowa.

https://sklep.smakslowa.pl

error: Content is protected !!